Siadając ogarnięty ciszą na starej, drewnianej podłodze, zdałem sobie sprawę, że niezbyt dobrze znam moją wybrankę. Miałem o niej wyłącznie niezbyt pochlebne informacje, z resztą po co były mi one potrzebne, kiedy zaledwie tydzień wcześniej marzyłem, by odgryźć jej głowę.
Najwidoczniej nie miała zbytniej ochoty chwalić się swą przeszłością, podobnie jak ja.
-Tyle, że ja nie za bardzo mam o czym opowiadać, a jeśli nawet to nie bardzo wiem co- poskrobałem się po białej czuprynie, próbując ukryć zakłopotanie.
-Nie pierdol, ty biały kundlu- zaśmiała się pod nosem-Czymś na pewno możesz się poszczycić.
-Co najwyżej ilością wypatroszonych ofiar- mruknąłem nieco entuzjastyczniej niż poprzednio.
-Jeśli opowiesz coś o sobie, ja również to zrobię. Pasuje Ci ten układ?
-Tylko pod warunkiem, iż Twoja odpowiedź będzie się składała z więcej niż ośmiu zdań.
-Niech będzie- wymamrotała, przewracając oczami.- A więc?
-Obecnie jestem sierotą. Tak od dobrych dziesięciu lat, może dłużej. Zdążyli mnie, wpierw nauczyć to czego powinni, zanim banda łowców ścięła im łby. Wiedzieli o moim istnieniu toteż dokładali wszelkich starań, coby i mnie wysłać na drugi świat, ale starsza kobieta zlitowała się nad małym, białowłosym dzieciakiem i niczego nie świadoma przygarnęła przybłędę pod swój dach. Tak trenowałem po nocach, żeby pomścić rodziców, aż do momentu, w którym moja opiekunka wydała ostatnie tchnienie. Wtedy jedyną rozrywką było dla mnie polowanie, torturowanie i zabijanie. W skrócie, mój umysł ogarnęła sadystyczna część mnie. Przeniosłem się do wioski, gdzie mieliśmy przyjemność spotkać się pierwszy raz i tam żyłem wśród tych debili, myślących, że jestem wyłącznie jednym z tych prostaków, z jakimi mieli kontakt każdego dnia. Nie chciałem ich wyprowadzać z błędu, więc postawa przykładnego wieśniaka mi odpowiadała. Z czasem żądza krwi nieco zmalała, aczkolwiek morderstwa były przednią zabawą i nie powiem... nadal są. Poza faktem, iż na swoim koncie mam niezły odsetek ludzi w tym ogromną ilość łowców, to nie mam się czym chwalić. Teraz chyba czas w końcu dorosnąć i pomyśleć nad przyszłością-ułożyłem dłonie pod głową, kładąc się wcześniej na podłodze.
-Co masz na myśli?- uniosła jedną brew, przechylając przy tym głowę w bok.
-Liczę na to, że uda mi się ogarnąć nieco to miejsce i zamieszkać z mą lubą- obdarowałem towarzyszkę szerokim uśmiechem.
-A co jest takiego niezwykłego w tej ruinie? Nie wolałbyś życia w mieście?
-Wolę stronić od ludzi. Poza tym, jeśli nie było mi dane spędzić szczęśliwego dzieciństwa w domu rodzinnych, to chciałbym w nim mieszkać do końca.
-Czyli, że...
-Tak, idąc mniej więcej minutę na północ, trafisz do miejsca, gdzie załatwili mi rodzinkę. Ale to chyba tyle o mnie. Teraz Twoja kolej, marudo- zmieniłem szybko temat, czekając na historię Hokori.
<Hokori?>
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
poniedziałek, 4 kwietnia 2016
Od Hokori
Wbijałam paznokcie w plecy chłopaka, starając się nie robić zbyt dużo hałasu. Jednocześnie miałam go cały czas na oku. Chyba nigdy wcześniej nie czułam się tak... Nawet nie wiedziałam jak to nazwać. Jedyne co mnie irytowało, to piskliwy głosik w mojej głowie, który uporczywie powtarzał, że to co robię, to jeden wielki błąd. Kazałam wypchać mu się sianem i zupełnie pogrążyłam się w przyjemności.
Obudziło mnie ćwierkanie ptaków. Otworzyłam powoli oczy i pierwsze co zobaczyłam to był tors Kuro. Z mojego gardła wydobyło się ciche zdziwienie. Dlaczego właściwie zasnęłam? W mojej głowie, jak echo, odbiły się ciche słowa białowłosego, o tym, że mam się niczym nie przejmować i iść spać, bo jestem zmęczona. Westchnęłam cicho, a otulające mnie silne dłonie, przycisnęły mnie mocniej do ciała chłopaka. Zamruczałam cicho, strzygąc uszami.
- Łaskoczesz tymi uszami - zaśmiał się Kuro. Spojrzałam w górę na jego twarz i uśmiechnęłam się lekko. Po chwili poczułam wargi chłopaka na czole, co wywołało u mnie cichy śmiech. Odepchnęłam od siebie chłopaka, wbijając mu paznokcie w klatkę piersiową. Ten prawie natychmiast mnie puścił. Powoli podniosłam się i rozejrzałam po pomieszczeniu, cały czas czując na sobie spojrzenie białowłosego.
- Nie musisz się tak na mnie gapić. Przez ciebie wszystko mnie boli, nie mam zamiaru uciekać. - mruknęłam, sięgając po swoje ubrania. - Przynajmniej na razie.
- Lubię się patrzeć na twoje... - urwał, kiedy podeszłam do niego i gołą stopą kopnęłam go w twarz, niezbyt mocno.
- Milcz, prosty człowieczku. - warknęłam, chociaż celem tego było raczej przekomarzanie. Odwróciłam się do niego plecami, z chęcią założenia na siebie spodenek, jednak straszny głos, którym przemówił Kuro tuż za moimi plecami, powstrzymał mnie przed tym.
- Mówiłaś, że wszystko cię boli? Może chciałabyś spróbować jeszcze raz?
- Z wielką chęcią - oparłam, odwracając się do niego przodem. - Ale może wieczorem - dźgnęłam go palcem w brzuch. Odeszłam kilka kroków od chłopaka i założyłam spodenki oraz owinęłam biust bandażami. A raczej ich resztkami. Znowu muszę je zmienić, inaczej jedyne co będę mogła założyć to pojedyncze paski materiału. Odwróciłam się do białowłosego, który również miał już na sobie swoje spodnie i koszulkę. Uśmiechnęłam się delikatnie i popatrzyłam na swoją bluzę.
- No... I to by było na tyle z czystej bluzy, co? - mruknęłam bardziej do siebie niż do współkompana, jednak nie przeszkadzało mu to w odpowiedzeniu mi na retoryczne pytanie.
- Nie tylko twoja. Moja bluza też jest cała we krwi. Twojej krwi. - drugie zdanie zaakcentował bardzo mocno, posyłając mi spojrzenie z udawaną urazą.
- Kiedyś ci ją wypiorę, nie martw się. - przewróciłam oczami, wychodząc przed budynek i delektując się ciepłymi promieniami słońca.
- Kiedyś - powtórzył chłopak. - Skoczę do wioski po jakieś jedzenie. Nie uciekaj łaskawie i nie wdawaj się w bójki.
- Jedyna bójka jaką mogę tu stoczyć to ta z wiewiórką - prychnęłam, usadawiając się pod ścianą. Żałowałam, że nie mogę zmienić się w kota. Wtedy mogłabym się wylegiwać na słońcu, ile dusza zapragnie. Jednak nie chciałam zbytnio niszczyć szwów, a zmiana ciała, na pewno by je naruszyła. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w najbliższym większym mieście, w którym wciąż miałam do wykonania zlecenie. Na szczęście bal, na którym miałam wykonać swoją misję, był dopiero za dwa dni. Tak czy siak musiałam mieć to na uwadze, siedząc tutaj z Kuro.
Przymknęłam na chwilę oczy i chyba mi się trochę przysnęło, bo obudziło mnie lekkie szturchanie. Otworzyłam oczy, jednak oślepiona promieniami słonecznymi, natychmiast je zamknęłam.
- Co jest? - mruknęłam, zaspana.
- Wstawaj, jedzenie przyniosłem - odparł, starając się ukryć śmiech. Powlokłam się powoli za chłopakiem do środka budynku, by tam ponownie usiąść pod ścianą. Przeciągnęłam się, wyginając lekko całe ciało i ziewając przy tym.
- Może opowiesz coś o sobie, umilając nam posiłek? - popatrzył na mnie, swoimi szarymi oczami, które z każdym dniem podobały mi sie coraz bardziej.
- A może mój drogi mąż, wielki Shinigami, przed którym trwoży się nawet sam król, opowie mi coś o sobie pierwszy? - posłałam mu proszące spojrzenie, kocich oczek, mając nadzieję, ze uniknę jakoś opowiadania o sobie.
Kuro?
- Łaskoczesz tymi uszami - zaśmiał się Kuro. Spojrzałam w górę na jego twarz i uśmiechnęłam się lekko. Po chwili poczułam wargi chłopaka na czole, co wywołało u mnie cichy śmiech. Odepchnęłam od siebie chłopaka, wbijając mu paznokcie w klatkę piersiową. Ten prawie natychmiast mnie puścił. Powoli podniosłam się i rozejrzałam po pomieszczeniu, cały czas czując na sobie spojrzenie białowłosego.
- Nie musisz się tak na mnie gapić. Przez ciebie wszystko mnie boli, nie mam zamiaru uciekać. - mruknęłam, sięgając po swoje ubrania. - Przynajmniej na razie.
- Lubię się patrzeć na twoje... - urwał, kiedy podeszłam do niego i gołą stopą kopnęłam go w twarz, niezbyt mocno.
- Milcz, prosty człowieczku. - warknęłam, chociaż celem tego było raczej przekomarzanie. Odwróciłam się do niego plecami, z chęcią założenia na siebie spodenek, jednak straszny głos, którym przemówił Kuro tuż za moimi plecami, powstrzymał mnie przed tym.
- Mówiłaś, że wszystko cię boli? Może chciałabyś spróbować jeszcze raz?
- Z wielką chęcią - oparłam, odwracając się do niego przodem. - Ale może wieczorem - dźgnęłam go palcem w brzuch. Odeszłam kilka kroków od chłopaka i założyłam spodenki oraz owinęłam biust bandażami. A raczej ich resztkami. Znowu muszę je zmienić, inaczej jedyne co będę mogła założyć to pojedyncze paski materiału. Odwróciłam się do białowłosego, który również miał już na sobie swoje spodnie i koszulkę. Uśmiechnęłam się delikatnie i popatrzyłam na swoją bluzę.
- No... I to by było na tyle z czystej bluzy, co? - mruknęłam bardziej do siebie niż do współkompana, jednak nie przeszkadzało mu to w odpowiedzeniu mi na retoryczne pytanie.
- Nie tylko twoja. Moja bluza też jest cała we krwi. Twojej krwi. - drugie zdanie zaakcentował bardzo mocno, posyłając mi spojrzenie z udawaną urazą.
- Kiedyś ci ją wypiorę, nie martw się. - przewróciłam oczami, wychodząc przed budynek i delektując się ciepłymi promieniami słońca.
- Kiedyś - powtórzył chłopak. - Skoczę do wioski po jakieś jedzenie. Nie uciekaj łaskawie i nie wdawaj się w bójki.
- Jedyna bójka jaką mogę tu stoczyć to ta z wiewiórką - prychnęłam, usadawiając się pod ścianą. Żałowałam, że nie mogę zmienić się w kota. Wtedy mogłabym się wylegiwać na słońcu, ile dusza zapragnie. Jednak nie chciałam zbytnio niszczyć szwów, a zmiana ciała, na pewno by je naruszyła. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w najbliższym większym mieście, w którym wciąż miałam do wykonania zlecenie. Na szczęście bal, na którym miałam wykonać swoją misję, był dopiero za dwa dni. Tak czy siak musiałam mieć to na uwadze, siedząc tutaj z Kuro.
Przymknęłam na chwilę oczy i chyba mi się trochę przysnęło, bo obudziło mnie lekkie szturchanie. Otworzyłam oczy, jednak oślepiona promieniami słonecznymi, natychmiast je zamknęłam.
- Co jest? - mruknęłam, zaspana.
- Wstawaj, jedzenie przyniosłem - odparł, starając się ukryć śmiech. Powlokłam się powoli za chłopakiem do środka budynku, by tam ponownie usiąść pod ścianą. Przeciągnęłam się, wyginając lekko całe ciało i ziewając przy tym.
- Może opowiesz coś o sobie, umilając nam posiłek? - popatrzył na mnie, swoimi szarymi oczami, które z każdym dniem podobały mi sie coraz bardziej.
- A może mój drogi mąż, wielki Shinigami, przed którym trwoży się nawet sam król, opowie mi coś o sobie pierwszy? - posłałam mu proszące spojrzenie, kocich oczek, mając nadzieję, ze uniknę jakoś opowiadania o sobie.
Kuro?
Od Kuro
Ciągle wzbraniała się przed dotykiem, a tym bardziej towarzystwem mojej osoby. Nie miałem, więc zamiaru się narzucać. Wolałem, by ochłonęła, nie wspominając o fakcie, że nie miała zbytnio ochoty mnie oglądać. Mimo zakazu, nie potrafiłem patrzeć, jak skurczona stara się tracić jak najmniej ciepła podczas wieczornej pory. Ostrożnie ułożyłem się obok niej, otulając czarną sierścią. Zbudziła mnie... w sumie zbyt duża swoboda ruchu. Otworzyłem oczy, poszukując białowłosej, która stała już przy wyjściu. Jak na złość ta zaczęła uciekać.
Tyle się wysilałem, by jakoś ją poskładać, a ta lekkomyślnie pozwala na pogorszenie własnego stanu. Ręce opadają. Oplotłem palce wokół jej nadgarstków, prowadząc w stronę ruiny, jednak nie obyło się bez skopania mnie i zwyzywania. Za dużo gadała... stanowczo za dużo.
Złożyłem pocałunek na jej ustach, nie pozwalając już dojść do słowa. Ponownie jej pięści zatrzymywały się na mym ciele, jednak tym razem były one słabsze, aż całkowicie ustały. Straciła siły, odpuściła, czy może tego chciała. Nie miałem pewności, ale tym razem myślałem wyłącznie o sobie. Jeśli mam dać jej spokój, zrobię to, ale wpierw pragnąłem nacieszyć się ostatnimi dniami jej bliskości. Łatwo sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy poczułem smukłe palce, sunące po moim brzuchu. Odsunąłem na moment głowę, by przyjrzeć się jej twarzy. Straciła swą surowość jaką karmiła mnie od wypadku.
-Czy możesz... mnie w końcu zostawić?- odchrząknęła, przygryzając wargę.
-Oczywiście- mruknąłem, całując jej szyję.
-Przestań- westchnęła cicho, zaciskając dłoń na koszulce.
Każde jej słowo sprzeciwu, zmuszało mnie do robienia jej na złość.
-Zostawisz mnie w końcu?
-Zostawię, zostawię- zsunąłem ostrożnie bluzę z jej ciała, całując ją po szyi.
Nie długo stawiała opór. Jej czujność zmalała, toteż szybkim ruchem, wsunąłem kolana między jej nogi, przez co szybko domyśliła się jakie mam plany co do niej. Nadal brak protestów. Stawałem się coraz śmielszy, pozbawiając ją kolejnych części garderoby, aż do momentu, gdy pozostała na niej sama bielizna. Ta nie chcąc pozostać dłużna, pozbawiła mnie koszulki, odsłaniając klatkę piersiową. Wtedy zdałem sobie sprawę, że ta, leży na twardej ziemi. Uniosłem ją za uda, układając na pokrwawionej bluzie, jaka jeszcze kilka godzin temu służyła mi za prowizoryczne posłanie. Do teraz dziękuję zrządzeniu losu, iż preferuje luźniejsze ubrania. Była wystarczająco duża, by na upartego zrobić z niej śpiwór dla Hokori. Wisiałem nad nią, całując każdy kawałek jej ciała. Spojrzałem prosto w oczy drobnej postaci, bawiącej się już paskiem moich spodni.
-Nadal chcesz, żebym Cię zostawił?
-Zamknij się, idioto- warknęła cicho, na co tylko zaśmiałem się pod nosem.
Przywarłem ciałem do niej, sunąc dłonią po wewnętrznej części uda Hokori, wywołując u niej ciche mruczenie. Nie musiałem ponawiać pytania z klasztoru, by wiedzieć czego chce, toteż dystans między nami zmalał do zera. Ta syknęła wręcz bezgłośnie z bólu, wbijając paznokcie w moje plecy. Delikatne ruchy,stopniowo zaczynały być pewniejsze, dając naszej dwójce nieco więcej przyjemności. Zerknąłem w jej na wpół przymknięte powieki, spod których czerwone ślepia, bacznie śledziły moją twarz. Zawsze chłodne, ukazały melancholijność i nieco... dziecinnej niewinności.
<Hokori?>
Tyle się wysilałem, by jakoś ją poskładać, a ta lekkomyślnie pozwala na pogorszenie własnego stanu. Ręce opadają. Oplotłem palce wokół jej nadgarstków, prowadząc w stronę ruiny, jednak nie obyło się bez skopania mnie i zwyzywania. Za dużo gadała... stanowczo za dużo.
Złożyłem pocałunek na jej ustach, nie pozwalając już dojść do słowa. Ponownie jej pięści zatrzymywały się na mym ciele, jednak tym razem były one słabsze, aż całkowicie ustały. Straciła siły, odpuściła, czy może tego chciała. Nie miałem pewności, ale tym razem myślałem wyłącznie o sobie. Jeśli mam dać jej spokój, zrobię to, ale wpierw pragnąłem nacieszyć się ostatnimi dniami jej bliskości. Łatwo sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy poczułem smukłe palce, sunące po moim brzuchu. Odsunąłem na moment głowę, by przyjrzeć się jej twarzy. Straciła swą surowość jaką karmiła mnie od wypadku.
-Czy możesz... mnie w końcu zostawić?- odchrząknęła, przygryzając wargę.
-Oczywiście- mruknąłem, całując jej szyję.
-Przestań- westchnęła cicho, zaciskając dłoń na koszulce.
Każde jej słowo sprzeciwu, zmuszało mnie do robienia jej na złość.
-Zostawisz mnie w końcu?
-Zostawię, zostawię- zsunąłem ostrożnie bluzę z jej ciała, całując ją po szyi.
Nie długo stawiała opór. Jej czujność zmalała, toteż szybkim ruchem, wsunąłem kolana między jej nogi, przez co szybko domyśliła się jakie mam plany co do niej. Nadal brak protestów. Stawałem się coraz śmielszy, pozbawiając ją kolejnych części garderoby, aż do momentu, gdy pozostała na niej sama bielizna. Ta nie chcąc pozostać dłużna, pozbawiła mnie koszulki, odsłaniając klatkę piersiową. Wtedy zdałem sobie sprawę, że ta, leży na twardej ziemi. Uniosłem ją za uda, układając na pokrwawionej bluzie, jaka jeszcze kilka godzin temu służyła mi za prowizoryczne posłanie. Do teraz dziękuję zrządzeniu losu, iż preferuje luźniejsze ubrania. Była wystarczająco duża, by na upartego zrobić z niej śpiwór dla Hokori. Wisiałem nad nią, całując każdy kawałek jej ciała. Spojrzałem prosto w oczy drobnej postaci, bawiącej się już paskiem moich spodni.
-Nadal chcesz, żebym Cię zostawił?
-Zamknij się, idioto- warknęła cicho, na co tylko zaśmiałem się pod nosem.
Przywarłem ciałem do niej, sunąc dłonią po wewnętrznej części uda Hokori, wywołując u niej ciche mruczenie. Nie musiałem ponawiać pytania z klasztoru, by wiedzieć czego chce, toteż dystans między nami zmalał do zera. Ta syknęła wręcz bezgłośnie z bólu, wbijając paznokcie w moje plecy. Delikatne ruchy,stopniowo zaczynały być pewniejsze, dając naszej dwójce nieco więcej przyjemności. Zerknąłem w jej na wpół przymknięte powieki, spod których czerwone ślepia, bacznie śledziły moją twarz. Zawsze chłodne, ukazały melancholijność i nieco... dziecinnej niewinności.
<Hokori?>
Od Hokori
Popatrzyłam na niego zła, po czym najzwyczajniej w świecie odwróciłam się do niego plecami. Bardziej niż głodna byłam zmęczona, dlatego przymknęłam powieki i skuliłam się w sobie. Jedna uporczywa myśl, która krążyła mi ciągle po głowie, nie pozwalała mi spokojnie zasnąć. W końcu zdecydowałam się zapytać o to Kuro, jednak poprzedziło to długie bicie się z myślami.
- Co z trucizną, o której mówił Keisuke? - spytałam chłodno. Po krótkiej chwili ciszy usłyszałam spokojny głos.
- Zabrałem od niego odtrutkę i dałem ci ją na samym początku.
Zastrzygłam uszami i skuliłam się jeszcze bardziej. Nie do końca rozumiałam dlaczego mi pomagał i się o mnie troszczył. Niby powiedział, że jego zamiary wobec mnie się zmieniły, ale... Przed oczami cały czas miałam naszą walkę w lesie. Skuliłam się jeszcze bardziej nie zważając na ból brzucha. Nie chciałam płakać. Nie chciałam, żeby Kuro słyszał, że płaczę. Przycisnęłam dłonie do twarzy i starałam się tłumić w sobie szlochy. Po kilkunastu minutach zasnęłam.
Kiedy otworzyłam oczy, jedyne co zobaczyłam to ciemność. Totalna ciemność. Dopiero po chwili poczułam na twarzy łaskoczące mnie włosy. Może bardziej futro...? Chwila. Futro?! Natychmiast odsunęłam się w tył i zobaczyłam tuż przed sobą ogromne cielsko czarnego wilka. Wielki łeb spoczywał spokojnie, na złożonych przednich łapach, czerwone oczy chowały się pod powiekami, grzbiet unosił sie miarowo, dając sygnał, że zwierze cały czas żyje. Przyglądałam mu się uważnie, szeroko otwartymi oczami. Musiałam przyznać, że był... Piękny. Jako wilk, ale również jako człowiek. Wyciągnęłam dłoń w stronę jego pyska, jednak kiedy już czułam pojedyncze włoski na skórze, natychmiast cofnęłam rękę. Westchnęłam cicho i usiadłam, patrząc w stronę wyjścia. Niezwykle korciło mnie, żeby się przejść. Zacisnęłam zęby i przełożyłam jedną nogę ponad cielskiem wilka. Starałam się przejść na drugą stronę tego zwierzaka, tak by go nie obudzić, jednak szwy skutecznie mi to utrudniały. Kiedy już kucałam po drugiej stronie, starając się uspokoić oddech, mokry nos Shinigamiego dotknął mojego policzka. Szybkim ruchem uderzyłam go w pysk, który natychmiast odsunął z cichym piskiem. Westchnęłam cicho i podniosłam się na proste nogi, podchodząc powoli do wyjścia. Na ciemnym bezchmurnym niebie widniał złocisty półksiężyc, oświetlając delikatnym blaskiem wierzchołki drzew. Powoli wystawiłam jedną nogę poza sypiący się budynek.
- Hokori? - cichy głos Kuro był dla mnie jak popchnięcie. Odepchnęłam się lekko ręką od ściany i pomknęłam między drzewa, ignorując narastający ból. Biegłam przed siebie dobre kilkadziesiąt metrów, zanim ręce białowłosego pochwyciły mnie i przyciągnęły do siebie. Zaczęłam mu się wyrywać, starając uwolnić chociaż jedną rękę, ale Kuro trzymał mnie mocno. Zbyt mocno bym w tym stanie mogła się uwolnić z jego uścisku. Poluzował uścisk, dopiero gdy moje łzy wylądowały na jego rękach. Pod wpływem wyczerpania lub może po prostu z bezsilności, moje kolana gwałtownie się zgięły, ciągnąc naszą dwójkę w dół. Chłopak cały czas mnie obejmował, przyciskając swoje ciało do mojego. Nagle jego usta spoczęły na mojej szyi, co wywołało u mnie ciarki i... Niemoc. Po prostu nie potrafiłam się ruszyć. A może nie chciałam? Nie cierpiałam, kiedy to robił, ale jednocześnie też to kochałam. To było nieziemskie uczucie. Poczułam jak białowłosy podnosi się na równe nogi, a następnie bierze mnie na ręce i kieruje się z powrotem do tej ruiny. Nie chciałam tam wracać, jednak bez możliwości poruszenia się czy powiedzenia czegokolwiek, wygłoszenie mojego sprzeciwu było niemożliwe. Pełną kontrolę nad sobą odzyskałam dopiero, gdy Kuro postawił mnie na ziemi tego budynku-szopo-ruiny.
- Nie chcę tutaj być z tobą. - warknęłam, po czym zaczęłam go uderzać rękami, jednocześnie próbując wypchać z budynku. - Wyjdź stąd. Wynoś się! Nie chce cię widzieć! Nienawidzę cię, okłamałeś mnie! Wynoś się, rozumiesz?! Nie chce cię dłużej znać!
- Mówiłem, że odejdę, ale jak odzyskasz siły - powiedział twardo, łapiąc mnie za oba nadgarstki. Szarpnęłam się gwałtownie, wyrywając ręce z uścisku.
- Nie obchodzi mnie to! Mam zniknąć teraz! - warknęłam, wpatrując się w chłopaka wściekłym spojrzeniem. Jednocześnie wewnątrz mnie jakiś cichutki głosik, prosił, by Kuro został ze mną do końca. Jednak moja urażona duma i zaufanie do chłopaka, przekrzykiwało ten cichy głosik. Silne palce białowłosego ponownie oplotły się wokół moich nadgarstków, starając się przyciągnąć mnie do niego.
- Nie dotykaj mnie, ty... - urwałam nagle, kiedy jego usta zetknęły się z moimi. Tym razem nie był to jednak krótki pocałunek, jak poprzedniego dnia, tylko dużo dłuższy i bardziej namiętny. Kopałam go jedną nogą w udo, jednak każdy następny cios był słabszy od poprzedniego. W końcu za plecami poczułam nierówną ścianę. Moje dłonie zostały uwolnione z uścisku, dzięki czemu mogłam wsunąć je pod koszulkę chłopaka. Mimo wcześniejszych krzyków i wyrywania się, cholernie chciałam jego bliskości.
Kuro?
- Co z trucizną, o której mówił Keisuke? - spytałam chłodno. Po krótkiej chwili ciszy usłyszałam spokojny głos.
- Zabrałem od niego odtrutkę i dałem ci ją na samym początku.
Zastrzygłam uszami i skuliłam się jeszcze bardziej. Nie do końca rozumiałam dlaczego mi pomagał i się o mnie troszczył. Niby powiedział, że jego zamiary wobec mnie się zmieniły, ale... Przed oczami cały czas miałam naszą walkę w lesie. Skuliłam się jeszcze bardziej nie zważając na ból brzucha. Nie chciałam płakać. Nie chciałam, żeby Kuro słyszał, że płaczę. Przycisnęłam dłonie do twarzy i starałam się tłumić w sobie szlochy. Po kilkunastu minutach zasnęłam.
Kiedy otworzyłam oczy, jedyne co zobaczyłam to ciemność. Totalna ciemność. Dopiero po chwili poczułam na twarzy łaskoczące mnie włosy. Może bardziej futro...? Chwila. Futro?! Natychmiast odsunęłam się w tył i zobaczyłam tuż przed sobą ogromne cielsko czarnego wilka. Wielki łeb spoczywał spokojnie, na złożonych przednich łapach, czerwone oczy chowały się pod powiekami, grzbiet unosił sie miarowo, dając sygnał, że zwierze cały czas żyje. Przyglądałam mu się uważnie, szeroko otwartymi oczami. Musiałam przyznać, że był... Piękny. Jako wilk, ale również jako człowiek. Wyciągnęłam dłoń w stronę jego pyska, jednak kiedy już czułam pojedyncze włoski na skórze, natychmiast cofnęłam rękę. Westchnęłam cicho i usiadłam, patrząc w stronę wyjścia. Niezwykle korciło mnie, żeby się przejść. Zacisnęłam zęby i przełożyłam jedną nogę ponad cielskiem wilka. Starałam się przejść na drugą stronę tego zwierzaka, tak by go nie obudzić, jednak szwy skutecznie mi to utrudniały. Kiedy już kucałam po drugiej stronie, starając się uspokoić oddech, mokry nos Shinigamiego dotknął mojego policzka. Szybkim ruchem uderzyłam go w pysk, który natychmiast odsunął z cichym piskiem. Westchnęłam cicho i podniosłam się na proste nogi, podchodząc powoli do wyjścia. Na ciemnym bezchmurnym niebie widniał złocisty półksiężyc, oświetlając delikatnym blaskiem wierzchołki drzew. Powoli wystawiłam jedną nogę poza sypiący się budynek.
- Hokori? - cichy głos Kuro był dla mnie jak popchnięcie. Odepchnęłam się lekko ręką od ściany i pomknęłam między drzewa, ignorując narastający ból. Biegłam przed siebie dobre kilkadziesiąt metrów, zanim ręce białowłosego pochwyciły mnie i przyciągnęły do siebie. Zaczęłam mu się wyrywać, starając uwolnić chociaż jedną rękę, ale Kuro trzymał mnie mocno. Zbyt mocno bym w tym stanie mogła się uwolnić z jego uścisku. Poluzował uścisk, dopiero gdy moje łzy wylądowały na jego rękach. Pod wpływem wyczerpania lub może po prostu z bezsilności, moje kolana gwałtownie się zgięły, ciągnąc naszą dwójkę w dół. Chłopak cały czas mnie obejmował, przyciskając swoje ciało do mojego. Nagle jego usta spoczęły na mojej szyi, co wywołało u mnie ciarki i... Niemoc. Po prostu nie potrafiłam się ruszyć. A może nie chciałam? Nie cierpiałam, kiedy to robił, ale jednocześnie też to kochałam. To było nieziemskie uczucie. Poczułam jak białowłosy podnosi się na równe nogi, a następnie bierze mnie na ręce i kieruje się z powrotem do tej ruiny. Nie chciałam tam wracać, jednak bez możliwości poruszenia się czy powiedzenia czegokolwiek, wygłoszenie mojego sprzeciwu było niemożliwe. Pełną kontrolę nad sobą odzyskałam dopiero, gdy Kuro postawił mnie na ziemi tego budynku-szopo-ruiny.
- Nie chcę tutaj być z tobą. - warknęłam, po czym zaczęłam go uderzać rękami, jednocześnie próbując wypchać z budynku. - Wyjdź stąd. Wynoś się! Nie chce cię widzieć! Nienawidzę cię, okłamałeś mnie! Wynoś się, rozumiesz?! Nie chce cię dłużej znać!
- Mówiłem, że odejdę, ale jak odzyskasz siły - powiedział twardo, łapiąc mnie za oba nadgarstki. Szarpnęłam się gwałtownie, wyrywając ręce z uścisku.
- Nie obchodzi mnie to! Mam zniknąć teraz! - warknęłam, wpatrując się w chłopaka wściekłym spojrzeniem. Jednocześnie wewnątrz mnie jakiś cichutki głosik, prosił, by Kuro został ze mną do końca. Jednak moja urażona duma i zaufanie do chłopaka, przekrzykiwało ten cichy głosik. Silne palce białowłosego ponownie oplotły się wokół moich nadgarstków, starając się przyciągnąć mnie do niego.
- Nie dotykaj mnie, ty... - urwałam nagle, kiedy jego usta zetknęły się z moimi. Tym razem nie był to jednak krótki pocałunek, jak poprzedniego dnia, tylko dużo dłuższy i bardziej namiętny. Kopałam go jedną nogą w udo, jednak każdy następny cios był słabszy od poprzedniego. W końcu za plecami poczułam nierówną ścianę. Moje dłonie zostały uwolnione z uścisku, dzięki czemu mogłam wsunąć je pod koszulkę chłopaka. Mimo wcześniejszych krzyków i wyrywania się, cholernie chciałam jego bliskości.
Kuro?
niedziela, 3 kwietnia 2016
Od Kuro
Kłótnia z dziewczyną nie miała najmniejszego sensu. Musiałem nadal udawać zwykłego śmiertelnika, na tyle ile było to możliwe, toteż posłusznie skryłem się za jednym z drzew, bacznie obserwując całe zajście.
Pięciu postawnych mężczyzn na znak chuderlawego dowódcy oddziału, który jak się okazało dobrze znał Hokori. Szare oczy wyłapywały najmniejszy ruch i gest kapitana, próbując powstrzymać chęć zabicia go za znieważanie białowłosej.
Starcie rozpoczęło się powaleniem jej na ziemie przez dobrze zbudowaną grupkę, co nie wróżyło nic dobrego. Nadal wyczekiwałem, aż podwinie im się noga, jednak jak na złość wszystko szło nie po mojej myśli. Wmawianie sobie, że łowczyni pokona zgraję obytych w walce przeciwników było bez celowe, ale zdałem sobie z tego sprawę dopiero w momencie, gdy jej ciało uderzyło o drzewo. Pół przytomna osunęła się na leśne runo. Tego za wiele!
Osiłek zbliżający się z nożem w jednej chwili skamieniał, a następnie zaśmiał pod nosem, widząc mnie na swojej drodze.
- Nieuczciwa zagrywka- mruknąłem ochryple, ukazując wydłużające się kły.
W jednej chwili białe włosy przeobraziły się w kruczoczarne futro. Po raz kolejny facet wpadł w osłupienie. Taki też wyraz twarzy zachował, aż do momentu, gdy uświadomił sobie, że jego gardło zostało rozszarpane, zalewając tym samym mój pysk krwistym płynem. Ugh... wyjątkowy parszywy smak spoconego sadła i krwi przesączonej chmielowym aromatem.
To kupiło czas mojej towarzyszce, która chwilę później stanęła kilka metrów ode mnie.
Spokojnie wpatrywałem się w jej postać, będąc nieustannie w gotowości do zaatakowanie przeciwnika, gdyby ta, ponownie traciła przewagę, ale obyło się i bez tego.
Kiedy w okół nas znalazło się sześć trupów, uwagę skupiła wyłącznie na mnie. Nie po to, by mi podziękować. Nie liczyłem nawet na to, bo doskonale wiedziałem, co mnie spotka, gdy dowie się prawdy. Nie chciałem z nią walczyć, nie pragnąłem się nawet bronić. Pewny swego końca, patrzyłem na nią spokojnym wzrokiem, jednak ta, zamiast zadać cios w serce nożem, zrobiła to słowami.
Mam się nie zbliżać? Kiedy to nie było możliwe. To właściwie tak, jakbym już umarł.
Hokori uciekła, zostawiając mnie samego na miejscu zbrodni. Teraz poczułem się jak pies, pozbawiony właściciela. Osoba, którą darzył miłością, najzwyczajniej w świecie pozbyła się problemu. Ruszyłem za nią, bo co innego mogłem zrobić? Nie chciałem wracać do wioski, gdzie będę adorowany, przez grupkę cymbałów, z którymi spędziłem lata, dusząc się smrodem ich zwyczajności i monotonii.
Mocny deszcz z dużej części utrudniał widoczność, pozwalając dostrzec najwyżej jej drobną sylwetkę, która z odległości kilkunastu metrów była niezwykle słabo widoczna. Natomiast doskonale można było dostrzec moment w jakim jej kolana zetknęły się z podłożem.
Na próżno potrząsałem jej ciałem i wydzierałem, próbując obudzić. Pierdolony skurwiel miał wystarczająco dużo czasu, by zatopić ostrze w jej brzuchu. Zdjąłem z siebie bluzę, mocno zawiązując ją w okolicy rany, by chwilę potem unieść łowczynię na rękach. Kurwa, gdzie ją zanieść?
Ludzie od razu nas zabiją, a zdziałanie czegokolwiek w tych warunkach było niemożliwe.
Las nie był mi szczególnie obcy, zważając na fakt, iż dość często prowadziła przez niego droga do pozostałych wiosek.
-To tylko trzy kilometry. Wytrzymaj- mówiłem do niej, jak głupi licząc, że to coś da.
Pięć minut wyczerpującego biegu doprowadziło mnie dokładnie pod stary, opuszczony dom ze zburzoną stajnią. Dość często odwiedzałem to miejsce, chcąc odpocząć od nieznośnych ludzi i słodyczy, jaka otaczała każdego dnia. Czas i warunki atmosferyczne zrobiły swoje z drewnianym budynkiem, który właściwie był już ruiną. Mech i bluszcz przebiły się przez dziurawe ściany, na stałe zadamawiając się również na resztkach dachu, jeśli tak to można było nazwać.
Krwawienie było na tyle duże, że nawet prowizoryczny opatrunek zaczął przesycać się czerwienią.
Byłem w tak dużym amoku, że sam nawet nie zauważyłem, gdy to ustało, dzięki uciskaniu. Jak ja tylko zamknę ranę? Kto normalny nosi ze sobą... a nie ważne. W zaopatrzeniu Hokori znalazło się miejsce nawet na przyrządy do szycia. Grzebiąc w pamięci, starałem się jak najlepiej odwzorować pracę lekarza, podczas zabiegu, w jakim miałem okazję być świadkiem.
Światło rany uległo zamknięciu, dzięki nieco krzywym szwom, jednak lepsze to niż, pozostawienie wszystkiego samemu sobie.
Noc powoli przemijała, tak samo jak zasoby mojej energii. Ułożyłem się obok nieprzytomnej łowczyni jako Shinigami, by ochronić ją przed chłodnym wiatrem, jaki przyprowadził za sobą deszcz.
Poranek okazał się być popołudniem, gdy rozwarłem ślepia. Z nadzieją zerknąłem na Hokori, ale ta nadal nie oprzytomniała od wczorajszej nocy. I tak minął kolejny dzień, nim usłyszałem pierwsze słowa dochodzące z jej strony.
-Co jest?- mruknęła słabo, walcząc z powiekami.
-Leż, inaczej rozerwiesz szwy- mówiłem cicho, przyglądając się jej z drugiego końca izby.
-Co ty tu robisz? Jakim prawem... Kazałam Ci się trzymać ode mnie z daleka. Nienawidzę Cię!- wrzasnęła, osuwając się z bólu i osłabienia ponownie do pozycji leżącej.
-Hokori...
-Zamknij się! Okłamałeś mnie- mówiła z chłodem na twarzy.
-Wybacz, ja... chciałem Ci powiedzieć.
-O czym? Że przez ostatnie dni próbowałeś mnie zabić, ale gdy tamte chuje prawie pozbawiły Cię zabawy, władowałeś się pomiędzy nas?
-To nie tak...- zbliżyłem się, na co zostałem surowo spiorunowany wzrokiem.
-Pierdol się. Nie chcę Twoich wyjaśnień. Wynoś się stąd!
Wbiłem wzrok w ziemie, nie wydając z siebie nic poza głośnym westchnięciem. Stanąłem w przejściu, plecami do niej, powstrzymując się od opuszczenia tej rudery.
W jednej chwili obróciłem się na pięcie, zmniejszając dystans między nami.
-Ods...-nie dokończyła, bo moje wargi wpiły się mocno w jej usta.
Nie zraziły mnie nawet słabe uderzenia i kopniaki w brzuch.
-Odejdę, jak kazałaś. Ale dopiero w dniu, w którym odzyskasz siły. Do tego czasu jesteś skazana na moją obecność. Wytrzymasz cztery dni- zacząłem stanowczo, siadając metr od niej.
-Żebyś to ty zaraz nie zdychał. Nie potrzebuję i nie chcę Cię tu.
-Wiem, że Cię skrzywdziłem. Nie będę się tłumaczyć, bo nic mnie nie usprawiedliwia. Bądź pewna, że od dnia przybycia do klasztoru, miałem wobec Ciebie inne zamiary niż wcześniej.
-Chuj mnie to obchodzi. Równie dobrze teraz możesz ładować mi w gardło kłamstwa. Zapomnij, że Ci uwierzę. Nigdy Ci nie wybaczę.
-Nie oczekuję tego- westchnąłem, unosząc się na kolana, ponownie podchodząc do niej, po raz drugi korzystając z jej słabości.
Troskliwie złożyłem usta na jej szyi, następnie nachylając nad uchem.
-Zależy mi na Tobie i jedyne, czego chcę, to to, byś była bezpieczna- bez ociągania, zniknąłem w zaroślach, po to, by wrócić ze skromnym posiłkiem.
-Skąd to masz?
-Niedaleko jest wioska. Zabrałem, co dałem rady
-Nie chcę nic od ciebie- fuknęła zdegustowana.
-Jeśli nie będziesz jadła, licz się z tym, że poleżysz tu o wiele dłużej, a tym samym, spędzisz kolejne dni w moim towarzystwie- usadowiłem się w ciemnym kącie, układając na twardej ziemi.
<Hokori?>
Pięciu postawnych mężczyzn na znak chuderlawego dowódcy oddziału, który jak się okazało dobrze znał Hokori. Szare oczy wyłapywały najmniejszy ruch i gest kapitana, próbując powstrzymać chęć zabicia go za znieważanie białowłosej.
Starcie rozpoczęło się powaleniem jej na ziemie przez dobrze zbudowaną grupkę, co nie wróżyło nic dobrego. Nadal wyczekiwałem, aż podwinie im się noga, jednak jak na złość wszystko szło nie po mojej myśli. Wmawianie sobie, że łowczyni pokona zgraję obytych w walce przeciwników było bez celowe, ale zdałem sobie z tego sprawę dopiero w momencie, gdy jej ciało uderzyło o drzewo. Pół przytomna osunęła się na leśne runo. Tego za wiele!
Osiłek zbliżający się z nożem w jednej chwili skamieniał, a następnie zaśmiał pod nosem, widząc mnie na swojej drodze.
- Nieuczciwa zagrywka- mruknąłem ochryple, ukazując wydłużające się kły.
W jednej chwili białe włosy przeobraziły się w kruczoczarne futro. Po raz kolejny facet wpadł w osłupienie. Taki też wyraz twarzy zachował, aż do momentu, gdy uświadomił sobie, że jego gardło zostało rozszarpane, zalewając tym samym mój pysk krwistym płynem. Ugh... wyjątkowy parszywy smak spoconego sadła i krwi przesączonej chmielowym aromatem.
To kupiło czas mojej towarzyszce, która chwilę później stanęła kilka metrów ode mnie.
Spokojnie wpatrywałem się w jej postać, będąc nieustannie w gotowości do zaatakowanie przeciwnika, gdyby ta, ponownie traciła przewagę, ale obyło się i bez tego.
Kiedy w okół nas znalazło się sześć trupów, uwagę skupiła wyłącznie na mnie. Nie po to, by mi podziękować. Nie liczyłem nawet na to, bo doskonale wiedziałem, co mnie spotka, gdy dowie się prawdy. Nie chciałem z nią walczyć, nie pragnąłem się nawet bronić. Pewny swego końca, patrzyłem na nią spokojnym wzrokiem, jednak ta, zamiast zadać cios w serce nożem, zrobiła to słowami.
Mam się nie zbliżać? Kiedy to nie było możliwe. To właściwie tak, jakbym już umarł.
Hokori uciekła, zostawiając mnie samego na miejscu zbrodni. Teraz poczułem się jak pies, pozbawiony właściciela. Osoba, którą darzył miłością, najzwyczajniej w świecie pozbyła się problemu. Ruszyłem za nią, bo co innego mogłem zrobić? Nie chciałem wracać do wioski, gdzie będę adorowany, przez grupkę cymbałów, z którymi spędziłem lata, dusząc się smrodem ich zwyczajności i monotonii.
Mocny deszcz z dużej części utrudniał widoczność, pozwalając dostrzec najwyżej jej drobną sylwetkę, która z odległości kilkunastu metrów była niezwykle słabo widoczna. Natomiast doskonale można było dostrzec moment w jakim jej kolana zetknęły się z podłożem.
Na próżno potrząsałem jej ciałem i wydzierałem, próbując obudzić. Pierdolony skurwiel miał wystarczająco dużo czasu, by zatopić ostrze w jej brzuchu. Zdjąłem z siebie bluzę, mocno zawiązując ją w okolicy rany, by chwilę potem unieść łowczynię na rękach. Kurwa, gdzie ją zanieść?
Ludzie od razu nas zabiją, a zdziałanie czegokolwiek w tych warunkach było niemożliwe.
Las nie był mi szczególnie obcy, zważając na fakt, iż dość często prowadziła przez niego droga do pozostałych wiosek.
-To tylko trzy kilometry. Wytrzymaj- mówiłem do niej, jak głupi licząc, że to coś da.
Pięć minut wyczerpującego biegu doprowadziło mnie dokładnie pod stary, opuszczony dom ze zburzoną stajnią. Dość często odwiedzałem to miejsce, chcąc odpocząć od nieznośnych ludzi i słodyczy, jaka otaczała każdego dnia. Czas i warunki atmosferyczne zrobiły swoje z drewnianym budynkiem, który właściwie był już ruiną. Mech i bluszcz przebiły się przez dziurawe ściany, na stałe zadamawiając się również na resztkach dachu, jeśli tak to można było nazwać.
Krwawienie było na tyle duże, że nawet prowizoryczny opatrunek zaczął przesycać się czerwienią.
Byłem w tak dużym amoku, że sam nawet nie zauważyłem, gdy to ustało, dzięki uciskaniu. Jak ja tylko zamknę ranę? Kto normalny nosi ze sobą... a nie ważne. W zaopatrzeniu Hokori znalazło się miejsce nawet na przyrządy do szycia. Grzebiąc w pamięci, starałem się jak najlepiej odwzorować pracę lekarza, podczas zabiegu, w jakim miałem okazję być świadkiem.
Światło rany uległo zamknięciu, dzięki nieco krzywym szwom, jednak lepsze to niż, pozostawienie wszystkiego samemu sobie.
Noc powoli przemijała, tak samo jak zasoby mojej energii. Ułożyłem się obok nieprzytomnej łowczyni jako Shinigami, by ochronić ją przed chłodnym wiatrem, jaki przyprowadził za sobą deszcz.
Poranek okazał się być popołudniem, gdy rozwarłem ślepia. Z nadzieją zerknąłem na Hokori, ale ta nadal nie oprzytomniała od wczorajszej nocy. I tak minął kolejny dzień, nim usłyszałem pierwsze słowa dochodzące z jej strony.
-Co jest?- mruknęła słabo, walcząc z powiekami.
-Leż, inaczej rozerwiesz szwy- mówiłem cicho, przyglądając się jej z drugiego końca izby.
-Co ty tu robisz? Jakim prawem... Kazałam Ci się trzymać ode mnie z daleka. Nienawidzę Cię!- wrzasnęła, osuwając się z bólu i osłabienia ponownie do pozycji leżącej.
-Hokori...
-Zamknij się! Okłamałeś mnie- mówiła z chłodem na twarzy.
-Wybacz, ja... chciałem Ci powiedzieć.
-O czym? Że przez ostatnie dni próbowałeś mnie zabić, ale gdy tamte chuje prawie pozbawiły Cię zabawy, władowałeś się pomiędzy nas?
-To nie tak...- zbliżyłem się, na co zostałem surowo spiorunowany wzrokiem.
-Pierdol się. Nie chcę Twoich wyjaśnień. Wynoś się stąd!
Wbiłem wzrok w ziemie, nie wydając z siebie nic poza głośnym westchnięciem. Stanąłem w przejściu, plecami do niej, powstrzymując się od opuszczenia tej rudery.
W jednej chwili obróciłem się na pięcie, zmniejszając dystans między nami.
-Ods...-nie dokończyła, bo moje wargi wpiły się mocno w jej usta.
Nie zraziły mnie nawet słabe uderzenia i kopniaki w brzuch.
-Odejdę, jak kazałaś. Ale dopiero w dniu, w którym odzyskasz siły. Do tego czasu jesteś skazana na moją obecność. Wytrzymasz cztery dni- zacząłem stanowczo, siadając metr od niej.
-Żebyś to ty zaraz nie zdychał. Nie potrzebuję i nie chcę Cię tu.
-Wiem, że Cię skrzywdziłem. Nie będę się tłumaczyć, bo nic mnie nie usprawiedliwia. Bądź pewna, że od dnia przybycia do klasztoru, miałem wobec Ciebie inne zamiary niż wcześniej.
-Chuj mnie to obchodzi. Równie dobrze teraz możesz ładować mi w gardło kłamstwa. Zapomnij, że Ci uwierzę. Nigdy Ci nie wybaczę.
-Nie oczekuję tego- westchnąłem, unosząc się na kolana, ponownie podchodząc do niej, po raz drugi korzystając z jej słabości.
Troskliwie złożyłem usta na jej szyi, następnie nachylając nad uchem.
-Zależy mi na Tobie i jedyne, czego chcę, to to, byś była bezpieczna- bez ociągania, zniknąłem w zaroślach, po to, by wrócić ze skromnym posiłkiem.
-Skąd to masz?
-Niedaleko jest wioska. Zabrałem, co dałem rady
-Nie chcę nic od ciebie- fuknęła zdegustowana.
-Jeśli nie będziesz jadła, licz się z tym, że poleżysz tu o wiele dłużej, a tym samym, spędzisz kolejne dni w moim towarzystwie- usadowiłem się w ciemnym kącie, układając na twardej ziemi.
<Hokori?>
Od Hokori
Obróciłam nożem kilka razy w dłoni. Szykuje się zabawa. Uśmiechnęłam się pod nosem, mrużąc oczy. Jedyne co mnie martwiło to Kuro. Oddział był niewielki, ale nie było co liczyć, że wszyscy skupią się na mnie. Westchnęłam cicho pod nosem i obróciłam nóż w palcach, zerkając na chłopaka.
- Może będzie lepiej, jeśli schowasz się za drzewem - mruknęłam dość ponuro. Chciałam skupić się na walce, a towarzystwo białowłosego i jego.... Eh, nieporadność w walce, nie była wcale pomocna. Czułam, że przez chwilę chłopak się waha, jednak ostatecznie schował się za większym drzewem. Spojrzałam prosto przed siebie i pierwszy raz, od dawien dawna, poczułam niepewność. Przymknęłam na moment oczy. Muszę się natychmiast ogarnąć. Co się ze mną dzieje? To było dziwne i jednocześnie przerażające. Kiedy otworzyłam oczy nieliczny oddział był znacznie bliżej. Zmrużyłam mocno oczy, przyglądając się uważnie jednej z postaci, kroczącej na początku. Czy to był...? Nie, przecież to niemożliwe...
- Ah, moja droga Soishitsu, ponownie się spotykamy. Może powinienem ci raczej mówić Hokori? - złośliwy uśmieszek wpłynął na wąskie usta bardzo chudego chłopaka.
- Keisuke, ty zdrajco... - zasyczałam, nie podnosząc na niego nawet wzroku. Głowę trzymałam tak, by widzieć ciała wojowników, jednak bez głów. Ten kaptur był naprawdę pomocny.
- Ja? To ty jesteś dziwką jakich mało - warknął i wskazał na mnie ostrzem swojego miecza. - Brać ją. Może być martwa.
Podniosłam spojrzenie na kilku mężczyzn, którzy wyciągnęli błyszczące w świetle księżyca miecze i ruszyli powoli w moją stronę. Jedyne czego chciałam w tym momencie, to dorwać się do gardła tego zdrajcy. Skoczyłam szybko w ich stronę, chcą przemknąć między nimi, jednak wielka dłoń jednego z nich szybko złapała mnie za kostkę. Wojownik pociągnął mnie mocno w dół, a ja zdziwiona nie zdołałam utrzymać broni w palcach, przez co nóż wypadł i ostrzem wbił się w ziemię. Wojownicy szybko mnie unieruchomili... We trzech. Nie mogłam poruszyć ani ręką, ani nogą. Po prostu niczym. Śmiech Keisuke dobiegł do moich uszu. Zmrużyłam oczy i posłałam chłopakowi mordercze spojrzenie.
- Nie masz co próbować - zaśmiał się ponuro, unosząc moją głowę dwoma palcami. - Gdzie masz kolegę?
- Tego parszywca? Uciekł - prychnęłam, przewracając oczami. - Tchórz jak każdy inny prosty człowiek.
- Tyle, że on podobno nie jest zwykłym człowiekiem... - spojrzał na mnie z góry. Warknęłam pod nosem i szarpnęłam się mocno, jednak jedyne co tym zyskałam to bolesne naciągnięcie i tak już wykręconych, stawów. - Widzisz, paru ludzi widziało go z różnymi ranami, jak wymyka się nocą z miasta..
- Tsa? Od kogo to słyszałeś? Od swojej pijanej szmaty? - wysyczałam ze złośliwością. Natychmiast dostałam za to w twarz. Po chwili poczułam w ustach smak krwi. Cholera, musiałam przeciąć sobie policzek.
- Nie masz prawa nawet o niej myśleć - warknął, przystawiając mi nóż do gardła.
- Nie przestrzegam prawa - fuknęłam, a po chwili wypowiedziałam bardzo powoli słowa, które wręcz ociekały jadem - A twojej lalce maniery królewskie pomyliły się z kórewskimi.
Chłopak zamachnął się wysoko i uderzył mnie pięścią prosto w brzuch. Stłumiłam jęk w gardle, próbując zgiąć się w dół, ale ręce wojowników mi na to nie pozwalały.
- Uciszcie ją - warknął, odwracając się do mnie plecami. Uścisk na nogach i lewym ramieniu osłabł, więc postanowiłam się szarpnąć. Jednak po mocnym ciosie w brzuch, moje ruchy były spowolnione. Nim się obejrzałam mężczyzn trzymający mnie za prawe ramię, rzucił mną, jak szmacianą lalką, o najbliższe drzewo. Siła uderzenia gwałtownie wypchnęła powietrze z moich płuc. Z cichym jękiem osunęłam się na ziemię. Ostatnie co widziałam to chuda postać krocząca w moją stronę.
Czułam się jak w więzieniu, nie mogąc się ruszyć ani nic zobaczyć, a mimo to wyczuwając w powietrzu zapach krwi. Muszę się ocknąć, muszę się ocknąć, muszę się obudzić... Już. Teraz. Natychmiast!
Nagle otworzyłam szeroko oczy. Pierwsze co zobaczyłam to Kuro. Tylko, że... Jego włosy ciemniały. Robiły się czarne na moich oczach. Zdziwiona wpatrywałam się w chłopaka, który po chwili przemienił się w wielkiego, czarnego wilka. Shinigami? Kuro to Shinigami? Siedziałam tak przez chwilę, nie mogąc się nawet ruszyć, a co dopiero podnieść. Dopiero po chwili odzyskałam panowanie nad swoim ciałem. Natychmiast się podniosłam i wyciągnęłam z kieszeni pałeczkę. Już po chwili trzymałam w ręce wielką kosę. Pewnym krokiem, ze spuszczoną głową, podeszłam w stronę mężczyzn, zerkając przy okazji na wilka, któremu z pyska ściekała krew. Martwy strażnik leżał pod łapami zwierzęcia.
- Jesteście skończeni - zaśmiał się Keisuke. - Ty głupio pokazałeś nam swoją ludzką postać, a w twoich żyłach krąży teraz trucizna. Jedyną odtrutkę mam ja. Nie masz co liczyć, że ją dostaniesz. Król wydał na waszą dwójkę wyrok śmierci. Każdy kto was złapie ma prawo do zabicia was. Macie z nimi skończyć - nakazał wojownikom, a sam odwrócił się na pięcie i powoli skierował się w stronę klasztoru. Zaczęłam się śmiać pod nosem. Po krótkiej chwili mój głośny, psychopatyczny śmiech rozchodził się po najbliższej okolicy, mrożąc krew w żyłach każdego żywego stworzenia. Nawet chudy chłopak zatrzymał się i obserwował mnie czujnie.
- Jesteście głupi... - mruknęłam zadowolona - Tak bardzo głupi. Wszyscy. Jesteście śmieciami, które zabierają miejsce... Wypadałoby was wszystkich wyrzucić! - mój głos był dużo wyższy niż normalnie, przez co wszystko co powiedziałam było piskiem. - Jest cudownie, taka piękna noc! Zaraz zacznie padać... - uśmiechnęłam się szeroko, patrząc w niebo. - Aż szkoda, że to przegapicie.
Wraz z ostatnim słowem wybiłam się z jednej nogi. Przemknęłam między dwójką strażników, odbiłam się od trzeciego, uderzając go przy tym nogą w głowę. Skoczyłam w stronę jednego z mężczyzn i kiedy byłam tuż za nim, zahaczyłam ostrze kosy o jego tułów i okrążyłam w powietrzu. Ostrze początkowo przecięło tylko lekki pancerz, jednak kiedy zrobiłam okrążenie i skierowałam się w stronę kolejnego wojownika, kosa przecięła mężczyznę na pół. Zatrzymałam się tuż przed kolejnym przeciwnikiem i popatrzyłam mu prosto w oczy. W zielonych oczach widziałam strach, co tylko dodało mi satysfakcji. Przemknęłam między jego nogami, starając się go nie zranić, przynajmniej na razie. Odbiłam się mocno od ziemi i wzbiłam wysoko w powietrze, robiąc salto w przód. Po chwili zaczęłam spadać wprost na czwartego strażnika, który nie mógł się ruszyć. Wysunęłam broń w przód, tak by kosa pierwsza dotknęła ziemi. Ostrze gładko przeszło wzdłuż ciała mężczyzny, przepoławiając go. Kiedy ostrze wbiło się w ziemię, stanęłam na rękojeści kosy i popatrzyłam prosto na piątego wojownika. Ostatni, który pozostał przy życiu, nie licząc, tego którego ominęłam. Użyłam długiej rękojeści jako trampoliny, z której wybiłam się w powietrze. Obróciłam się kilka razy wokół własnej osi, po czym spadłam na ziemię tuż przed ostatniego przeciwnika. Wyciągnęłam z kieszeni nóż i zrobiłam kolejny obrót, wbijając krótkie ostrze w gardło mężczyzny. Z jego ust prawie natychmiast pociekła krew. Po mojej ręce zaczęła spływać ciepła krew. Wyciągnęłam ostrze z ciała i zatknęłam je za pasek od spodenek. Odwróciłam sie na pięcie i pędem ruszyłam w stronę ostatniego wojownika, który nadal stał w miejscu. Chwyciłam mocno rękojeść kosy i wyrwałam ostrze z ziemi, po czym skoczyłam na ramiona ostatniego przeciwnika.
- Przeżegnaj się grzecznie - powiedziałam ze śmiechem i zrobiłam zamach bronią i wbiłam całe ostrze w klatkę piersiową faceta. Przez moment stałam nieruchomo, jednak kiedy wojownik zaczął przechylać się w przód, wyciągnęłam ostrze i skoczyłam w tył, bezpiecznie lądując na obu nogach. Popatrzyłam w stronę chudego chłopaka, który z niedowierzaniem obserwował całe zajście.
- Chyba mi nie powiesz, że tchórzysz, Keisuke! - zaśmiałam się głośno. Rozwścieczony chłopak ruszył na mnie szybkim biegiem, trzymając w ręku nóż. Kiedy był tuż przede mną, uderzyłam go pięścią prosto w twarz. Chłopak zrobił kilka fikołków, po czym wylądował na kolanach. Z szerokim uśmiechem na ustach podeszłam do niego.
- Jak mogłeś myśleć, że taki śmieć jak ty, może pokonać ostatniego, wielkiego łowcę, takiego jak ja. Jesteś śmieszny... - pochyliłam się nad nim i przysunęłam swoje usta do warg Keisuke, utrzymując między mini minimalny dystans. - Jesteś nikim w porównaniu do kogokolwiek. Jesteś nikim w porównaniu do łowców. Jesteś nikim w porównaniu do mnie! - zawołałam, a echo rozniosło się po całej okolicy. Wyprostowałam się i popatrzyłam prosto na wilka. Tym razem w jego oczach było coś więcej, niż ostatnim razem. Wtedy był tylko mord, a teraz... Trudno było mi to określić. Tak czy siak okłamał mnie i tylko to się liczyło. Zrobiłam szybki obrót, odcinając głowę Keisuke, która wzbiła się na niewielką odległość. Przy drugim obrocie kopnęłam jego głowę, która poleciała wprost na wilka. Niebo przecięła jasna błyskawica, a po chwili zaczęło padać. Stanęłam prosto i powiedziałam głośno.
- Jesteś kłamcą. Niczym więcej. Nie zbliżaj się do mnie. Nigdy więcej się nie zbliżaj!
Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam przed siebie. Nie wiedziałam gdzie idę. Miałam co prawda zlecenie w najbliższym mieście, jednak teraz mało mnie to obchodziło. Pierwszy raz od kilkunastu lat to ja czułam się zraniona. Ale dlaczego..? Czyżby Kuro aż tyle dla mnie znaczył? Czyżby udało mu się stopić moje serce? Zatrzymałam się i skuliłam w sobie, przyciskając dłonie do klatki piersiowej. Do oczu cisnęły mi się łzy, których nie potrafiłam powstrzymać. Razem z kroplami deszczu spływały mi po twarzy i skapywały na mokrą ziemię. Nagle przez oczami znowu zaczęło mi ciemnieć. Spojrzałam przed siebie. Naprawdę mało widziałam. Poczułam jak nogi zaczynają mi się uginać. Przyłożyłam dłoń do brzucha i zobaczyłam, że jest cała zakrwawiona. Keisuke musiał trzymać nóż, kiedy uderzył mnie pięścią w żołądek. Tylko dlaczego poczułam to dopiero teraz? Kurwa mać. To była moja ostatnia myśl, bo po chwili runęłam na ziemię, tracąc przytomność.
- Może będzie lepiej, jeśli schowasz się za drzewem - mruknęłam dość ponuro. Chciałam skupić się na walce, a towarzystwo białowłosego i jego.... Eh, nieporadność w walce, nie była wcale pomocna. Czułam, że przez chwilę chłopak się waha, jednak ostatecznie schował się za większym drzewem. Spojrzałam prosto przed siebie i pierwszy raz, od dawien dawna, poczułam niepewność. Przymknęłam na moment oczy. Muszę się natychmiast ogarnąć. Co się ze mną dzieje? To było dziwne i jednocześnie przerażające. Kiedy otworzyłam oczy nieliczny oddział był znacznie bliżej. Zmrużyłam mocno oczy, przyglądając się uważnie jednej z postaci, kroczącej na początku. Czy to był...? Nie, przecież to niemożliwe...
- Ah, moja droga Soishitsu, ponownie się spotykamy. Może powinienem ci raczej mówić Hokori? - złośliwy uśmieszek wpłynął na wąskie usta bardzo chudego chłopaka.
- Keisuke, ty zdrajco... - zasyczałam, nie podnosząc na niego nawet wzroku. Głowę trzymałam tak, by widzieć ciała wojowników, jednak bez głów. Ten kaptur był naprawdę pomocny.
- Ja? To ty jesteś dziwką jakich mało - warknął i wskazał na mnie ostrzem swojego miecza. - Brać ją. Może być martwa.
Podniosłam spojrzenie na kilku mężczyzn, którzy wyciągnęli błyszczące w świetle księżyca miecze i ruszyli powoli w moją stronę. Jedyne czego chciałam w tym momencie, to dorwać się do gardła tego zdrajcy. Skoczyłam szybko w ich stronę, chcą przemknąć między nimi, jednak wielka dłoń jednego z nich szybko złapała mnie za kostkę. Wojownik pociągnął mnie mocno w dół, a ja zdziwiona nie zdołałam utrzymać broni w palcach, przez co nóż wypadł i ostrzem wbił się w ziemię. Wojownicy szybko mnie unieruchomili... We trzech. Nie mogłam poruszyć ani ręką, ani nogą. Po prostu niczym. Śmiech Keisuke dobiegł do moich uszu. Zmrużyłam oczy i posłałam chłopakowi mordercze spojrzenie.
- Nie masz co próbować - zaśmiał się ponuro, unosząc moją głowę dwoma palcami. - Gdzie masz kolegę?
- Tego parszywca? Uciekł - prychnęłam, przewracając oczami. - Tchórz jak każdy inny prosty człowiek.
- Tyle, że on podobno nie jest zwykłym człowiekiem... - spojrzał na mnie z góry. Warknęłam pod nosem i szarpnęłam się mocno, jednak jedyne co tym zyskałam to bolesne naciągnięcie i tak już wykręconych, stawów. - Widzisz, paru ludzi widziało go z różnymi ranami, jak wymyka się nocą z miasta..
- Tsa? Od kogo to słyszałeś? Od swojej pijanej szmaty? - wysyczałam ze złośliwością. Natychmiast dostałam za to w twarz. Po chwili poczułam w ustach smak krwi. Cholera, musiałam przeciąć sobie policzek.
- Nie masz prawa nawet o niej myśleć - warknął, przystawiając mi nóż do gardła.
- Nie przestrzegam prawa - fuknęłam, a po chwili wypowiedziałam bardzo powoli słowa, które wręcz ociekały jadem - A twojej lalce maniery królewskie pomyliły się z kórewskimi.
Chłopak zamachnął się wysoko i uderzył mnie pięścią prosto w brzuch. Stłumiłam jęk w gardle, próbując zgiąć się w dół, ale ręce wojowników mi na to nie pozwalały.
- Uciszcie ją - warknął, odwracając się do mnie plecami. Uścisk na nogach i lewym ramieniu osłabł, więc postanowiłam się szarpnąć. Jednak po mocnym ciosie w brzuch, moje ruchy były spowolnione. Nim się obejrzałam mężczyzn trzymający mnie za prawe ramię, rzucił mną, jak szmacianą lalką, o najbliższe drzewo. Siła uderzenia gwałtownie wypchnęła powietrze z moich płuc. Z cichym jękiem osunęłam się na ziemię. Ostatnie co widziałam to chuda postać krocząca w moją stronę.
Czułam się jak w więzieniu, nie mogąc się ruszyć ani nic zobaczyć, a mimo to wyczuwając w powietrzu zapach krwi. Muszę się ocknąć, muszę się ocknąć, muszę się obudzić... Już. Teraz. Natychmiast!
Nagle otworzyłam szeroko oczy. Pierwsze co zobaczyłam to Kuro. Tylko, że... Jego włosy ciemniały. Robiły się czarne na moich oczach. Zdziwiona wpatrywałam się w chłopaka, który po chwili przemienił się w wielkiego, czarnego wilka. Shinigami? Kuro to Shinigami? Siedziałam tak przez chwilę, nie mogąc się nawet ruszyć, a co dopiero podnieść. Dopiero po chwili odzyskałam panowanie nad swoim ciałem. Natychmiast się podniosłam i wyciągnęłam z kieszeni pałeczkę. Już po chwili trzymałam w ręce wielką kosę. Pewnym krokiem, ze spuszczoną głową, podeszłam w stronę mężczyzn, zerkając przy okazji na wilka, któremu z pyska ściekała krew. Martwy strażnik leżał pod łapami zwierzęcia.
- Jesteście skończeni - zaśmiał się Keisuke. - Ty głupio pokazałeś nam swoją ludzką postać, a w twoich żyłach krąży teraz trucizna. Jedyną odtrutkę mam ja. Nie masz co liczyć, że ją dostaniesz. Król wydał na waszą dwójkę wyrok śmierci. Każdy kto was złapie ma prawo do zabicia was. Macie z nimi skończyć - nakazał wojownikom, a sam odwrócił się na pięcie i powoli skierował się w stronę klasztoru. Zaczęłam się śmiać pod nosem. Po krótkiej chwili mój głośny, psychopatyczny śmiech rozchodził się po najbliższej okolicy, mrożąc krew w żyłach każdego żywego stworzenia. Nawet chudy chłopak zatrzymał się i obserwował mnie czujnie.
- Jesteście głupi... - mruknęłam zadowolona - Tak bardzo głupi. Wszyscy. Jesteście śmieciami, które zabierają miejsce... Wypadałoby was wszystkich wyrzucić! - mój głos był dużo wyższy niż normalnie, przez co wszystko co powiedziałam było piskiem. - Jest cudownie, taka piękna noc! Zaraz zacznie padać... - uśmiechnęłam się szeroko, patrząc w niebo. - Aż szkoda, że to przegapicie.
Wraz z ostatnim słowem wybiłam się z jednej nogi. Przemknęłam między dwójką strażników, odbiłam się od trzeciego, uderzając go przy tym nogą w głowę. Skoczyłam w stronę jednego z mężczyzn i kiedy byłam tuż za nim, zahaczyłam ostrze kosy o jego tułów i okrążyłam w powietrzu. Ostrze początkowo przecięło tylko lekki pancerz, jednak kiedy zrobiłam okrążenie i skierowałam się w stronę kolejnego wojownika, kosa przecięła mężczyznę na pół. Zatrzymałam się tuż przed kolejnym przeciwnikiem i popatrzyłam mu prosto w oczy. W zielonych oczach widziałam strach, co tylko dodało mi satysfakcji. Przemknęłam między jego nogami, starając się go nie zranić, przynajmniej na razie. Odbiłam się mocno od ziemi i wzbiłam wysoko w powietrze, robiąc salto w przód. Po chwili zaczęłam spadać wprost na czwartego strażnika, który nie mógł się ruszyć. Wysunęłam broń w przód, tak by kosa pierwsza dotknęła ziemi. Ostrze gładko przeszło wzdłuż ciała mężczyzny, przepoławiając go. Kiedy ostrze wbiło się w ziemię, stanęłam na rękojeści kosy i popatrzyłam prosto na piątego wojownika. Ostatni, który pozostał przy życiu, nie licząc, tego którego ominęłam. Użyłam długiej rękojeści jako trampoliny, z której wybiłam się w powietrze. Obróciłam się kilka razy wokół własnej osi, po czym spadłam na ziemię tuż przed ostatniego przeciwnika. Wyciągnęłam z kieszeni nóż i zrobiłam kolejny obrót, wbijając krótkie ostrze w gardło mężczyzny. Z jego ust prawie natychmiast pociekła krew. Po mojej ręce zaczęła spływać ciepła krew. Wyciągnęłam ostrze z ciała i zatknęłam je za pasek od spodenek. Odwróciłam sie na pięcie i pędem ruszyłam w stronę ostatniego wojownika, który nadal stał w miejscu. Chwyciłam mocno rękojeść kosy i wyrwałam ostrze z ziemi, po czym skoczyłam na ramiona ostatniego przeciwnika.
- Przeżegnaj się grzecznie - powiedziałam ze śmiechem i zrobiłam zamach bronią i wbiłam całe ostrze w klatkę piersiową faceta. Przez moment stałam nieruchomo, jednak kiedy wojownik zaczął przechylać się w przód, wyciągnęłam ostrze i skoczyłam w tył, bezpiecznie lądując na obu nogach. Popatrzyłam w stronę chudego chłopaka, który z niedowierzaniem obserwował całe zajście.
- Chyba mi nie powiesz, że tchórzysz, Keisuke! - zaśmiałam się głośno. Rozwścieczony chłopak ruszył na mnie szybkim biegiem, trzymając w ręku nóż. Kiedy był tuż przede mną, uderzyłam go pięścią prosto w twarz. Chłopak zrobił kilka fikołków, po czym wylądował na kolanach. Z szerokim uśmiechem na ustach podeszłam do niego.
- Jak mogłeś myśleć, że taki śmieć jak ty, może pokonać ostatniego, wielkiego łowcę, takiego jak ja. Jesteś śmieszny... - pochyliłam się nad nim i przysunęłam swoje usta do warg Keisuke, utrzymując między mini minimalny dystans. - Jesteś nikim w porównaniu do kogokolwiek. Jesteś nikim w porównaniu do łowców. Jesteś nikim w porównaniu do mnie! - zawołałam, a echo rozniosło się po całej okolicy. Wyprostowałam się i popatrzyłam prosto na wilka. Tym razem w jego oczach było coś więcej, niż ostatnim razem. Wtedy był tylko mord, a teraz... Trudno było mi to określić. Tak czy siak okłamał mnie i tylko to się liczyło. Zrobiłam szybki obrót, odcinając głowę Keisuke, która wzbiła się na niewielką odległość. Przy drugim obrocie kopnęłam jego głowę, która poleciała wprost na wilka. Niebo przecięła jasna błyskawica, a po chwili zaczęło padać. Stanęłam prosto i powiedziałam głośno.
- Jesteś kłamcą. Niczym więcej. Nie zbliżaj się do mnie. Nigdy więcej się nie zbliżaj!
Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam przed siebie. Nie wiedziałam gdzie idę. Miałam co prawda zlecenie w najbliższym mieście, jednak teraz mało mnie to obchodziło. Pierwszy raz od kilkunastu lat to ja czułam się zraniona. Ale dlaczego..? Czyżby Kuro aż tyle dla mnie znaczył? Czyżby udało mu się stopić moje serce? Zatrzymałam się i skuliłam w sobie, przyciskając dłonie do klatki piersiowej. Do oczu cisnęły mi się łzy, których nie potrafiłam powstrzymać. Razem z kroplami deszczu spływały mi po twarzy i skapywały na mokrą ziemię. Nagle przez oczami znowu zaczęło mi ciemnieć. Spojrzałam przed siebie. Naprawdę mało widziałam. Poczułam jak nogi zaczynają mi się uginać. Przyłożyłam dłoń do brzucha i zobaczyłam, że jest cała zakrwawiona. Keisuke musiał trzymać nóż, kiedy uderzył mnie pięścią w żołądek. Tylko dlaczego poczułam to dopiero teraz? Kurwa mać. To była moja ostatnia myśl, bo po chwili runęłam na ziemię, tracąc przytomność.
Kuro?
sobota, 2 kwietnia 2016
Od Kuro
Noc spowiła klasztor w całkowitej, błogiej ciszy, nie przerwanej nawet przez przemykające szczury. Tuż obok, spała Hokori, wtulona w mój bok. Ja sam leżałem, pogrążony w myślach, cały czas myśląc jak powiedzieć jej o drugim "ja". W końcu i ja poddałem się zmęczeniu, więc sam nie wiedziałem, kiedy odpłynąłem, ale tak czy inaczej nie na długo. Pierwsze co dostrzegłem w mroku to czerwone oczy dziewczyny, trzymającej dłoń na moich ustach.
Przedstawiła mi obecną sytuację, w jakiej się znajdujemy, jednak było to zbędne, gdyż obce zapachy, docierające zza drzwi, wpadły do nozdrzy, informując o zagrożeniu.
-Gruby mnich chyba nie będzie zadowolony z prezentu jaki zostawisz im w dachu- szepnąłem z uśmiechem na twarzy na co ta tylko wzruszyła ramionami, sprawnie przeciskając się przez otwór w suficie.
-A ty co znowu robisz? Mieliśmy uciekać?- syknęła cicho, widząc jak pcham niewielką komodę w stronę drzwi.
-Chcę nieco ich spowolnić, dzięki czemu zyskamy na czasie podczas ucieczki- wyjaśniłem, po czym bez zbędnych czynności, wspiąłem się za towarzyszką.
-Teraz mi powiedz jak chcesz stąd zleźć.
-Masz wątpliwości?
-Coś ty- prychnąłem sarkastycznie- To tylko dziewięć metrów.
-Nie doceniasz mnie- zawadiacki uśmiech pojawił się na jej twarzy.
Sprawnie przemknęła między strzelistymi wieżyczkami, stopniowo zmniejszając dystans od kamiennego dziedzińca.
Ostrożnie powtórzyłem jej wyczyn, i gdy tylko moje stopy dotknęły ziemi, wielkie wrota klasztoru odsłoniły grupkę mężczyzn z lekkich pancerzach.
-Za wiele to ta Twoja komoda nie dała- mruknęła,z dożą złośliwości z głosie.
-Dobre i tyle- zaśmiałem się pobłażliwie, ciągnąc ją za nadgarstek.
Brama rozwarła wrota, ukazując wolną, leśną przestrzeń. Wybrukowana droga, ustąpiła ścieżce usianej suchymi liśćmi i starymi igłami drzew. Drzewa tak jak i niewielki orszak pozostawali w tyle, kiedy skromny trucht przerodził się w dziki bieg.
-Wyrabiasz się- uśmiechnęła się z uznaniem, widząc jak przez dłuższy czas dotrzymuje jej kroku.
Noc była moim żywiołem. Doskonale dostrzegałem kształty nawet przy słabym świetle, toteż i pewniej stawiałem stopy, mimo to nadal powstawał cień obawy. Co jeśli nas złapią? Nie możemy przecież biec godzinami, a tak niewielki oddział mógł jedynie być zapowiedzią czegoś gorszego, co czeka na nas w niedalekiej przyszłości. Uniknięcie walki nie było możliwe, a pora sprzyjała właśnie nam. Hokori wyposażona w koci wzrok nie miałaby problemu podczas nocnej walki, czego dała przykład podczas naszego ostatniego starcie.
-Może to nie pomysł na idealną rozrywkę, ale czy przelanie krwi tych kretynów, nie uszczęśliwi świata, tak samo jak i nas?
Propozycja najwidoczniej wydała się kusząca dla drobnej postaci, która ochoczo machała ogonem, obracając zwinnie nożem w dłoni.
<Hokori?>
Przedstawiła mi obecną sytuację, w jakiej się znajdujemy, jednak było to zbędne, gdyż obce zapachy, docierające zza drzwi, wpadły do nozdrzy, informując o zagrożeniu.
-Gruby mnich chyba nie będzie zadowolony z prezentu jaki zostawisz im w dachu- szepnąłem z uśmiechem na twarzy na co ta tylko wzruszyła ramionami, sprawnie przeciskając się przez otwór w suficie.
-A ty co znowu robisz? Mieliśmy uciekać?- syknęła cicho, widząc jak pcham niewielką komodę w stronę drzwi.
-Chcę nieco ich spowolnić, dzięki czemu zyskamy na czasie podczas ucieczki- wyjaśniłem, po czym bez zbędnych czynności, wspiąłem się za towarzyszką.
-Teraz mi powiedz jak chcesz stąd zleźć.
-Masz wątpliwości?
-Coś ty- prychnąłem sarkastycznie- To tylko dziewięć metrów.
-Nie doceniasz mnie- zawadiacki uśmiech pojawił się na jej twarzy.
Sprawnie przemknęła między strzelistymi wieżyczkami, stopniowo zmniejszając dystans od kamiennego dziedzińca.
Ostrożnie powtórzyłem jej wyczyn, i gdy tylko moje stopy dotknęły ziemi, wielkie wrota klasztoru odsłoniły grupkę mężczyzn z lekkich pancerzach.
-Za wiele to ta Twoja komoda nie dała- mruknęła,z dożą złośliwości z głosie.
-Dobre i tyle- zaśmiałem się pobłażliwie, ciągnąc ją za nadgarstek.
Brama rozwarła wrota, ukazując wolną, leśną przestrzeń. Wybrukowana droga, ustąpiła ścieżce usianej suchymi liśćmi i starymi igłami drzew. Drzewa tak jak i niewielki orszak pozostawali w tyle, kiedy skromny trucht przerodził się w dziki bieg.
-Wyrabiasz się- uśmiechnęła się z uznaniem, widząc jak przez dłuższy czas dotrzymuje jej kroku.
Noc była moim żywiołem. Doskonale dostrzegałem kształty nawet przy słabym świetle, toteż i pewniej stawiałem stopy, mimo to nadal powstawał cień obawy. Co jeśli nas złapią? Nie możemy przecież biec godzinami, a tak niewielki oddział mógł jedynie być zapowiedzią czegoś gorszego, co czeka na nas w niedalekiej przyszłości. Uniknięcie walki nie było możliwe, a pora sprzyjała właśnie nam. Hokori wyposażona w koci wzrok nie miałaby problemu podczas nocnej walki, czego dała przykład podczas naszego ostatniego starcie.
-Może to nie pomysł na idealną rozrywkę, ale czy przelanie krwi tych kretynów, nie uszczęśliwi świata, tak samo jak i nas?
Propozycja najwidoczniej wydała się kusząca dla drobnej postaci, która ochoczo machała ogonem, obracając zwinnie nożem w dłoni.
<Hokori?>
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)