środa, 30 marca 2016

Od Soishitsu (Hokori)

Z góry przepraszam za beznadziejność tego fragmentu. Nie kontaktuje dziś jak należy, wybaczcie :C

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Patrzyłam na Kuro pustym wzrokiem, nie bardzo wiedząc co począć. Po dłuższej chwili przeniosłam spojrzenie na własne skrzyżowane nogi, otulając biodra ogonem w tym samym momencie. Uszy nieco oklapły, by po chwili zupełnie się położyć.
- Co jest? - palce chłopaka dotknęły mojego ramienia, przy okazji przez przypadek, zsuwając z niego pelerynę. Popatrzyłam w szare oczy i uśmiechnęłam się lekko.
- Przejdziemy się? - zapytałam ni z tego, ni z owego.
- Przecież pada... - mruknął zdziwiony białowłosy.
- Nie mów, że boisz się deszczu - odparłam, schylając się pod łóżko w poszukiwaniu swoich "ciuchów".
Kilkanaście minut później stałam pod drzwiami, owinięta bandażami, które robiły za moje ubrania. Wysoki chłopak stanął przede mną i zasunął mi kaptur jeszcze bardziej na oczy, mówiąc.
- Zasłoń te kocie uszy, bo się skapną.
- Myślisz, że nie domyślą się po śladach na bluzie? - mruknęłam nieco naburmuszona - Duchowieństwo to nie taki znowu głupi stan.
Otworzyłam drewniane drzwi z rozmachem. Od razu uderzył nas podmuch zimnego powietrza. Wciągnęłam głęboko do płuc powietrze, przesycone zapachem deszczu. Przez ciemne chmury na niebie na dziedzińcu nie było jakoś wyjątkowo jasno. Jednak również nie na tyle ciemno, żeby nie można nas było dostrzec, obserwując naszą dwójkę przez zaparowaną szybę. Kątem oka łapałam małe okno, kiedy kierowaliśmy się do bramy od dziedzińca. Duże krople deszczu bardzo szybko przemoczyły całe nasze ubrania, jednak mnie to nie przeszkadzało, białowłosemu najwyraźniej też. Szłam kilka kroków przed nim, kierując nas w stronę... Właściwie chyba pierwszy raz nie wiedziałam gdzie idę. Po prostu szłam przed siebie, pierwszy raz bez konkretnego celu. Jednak miałam świadomość, że ten stan będzie trwał tylko krótką chwilę.
- Dlaczego chciałaś wyjść? - zapytał Kuro, podnosząc głos, tak by przekrzyczeć deszcz. Zaśmiałam się pod nosem, po czym wyciągnęłam rękę wysoko w górę, tak jakbym chciała dotknąć nieba. Uniosłam głowę, przymykając oczy, by krople deszczu nie dostały mi się do oczu. Na mojej twarzy malował sie delikatny uśmiech. Był tam zupełnie bez powodu. A przynajmniej próbowałam to sobie wmówić, bo szczerze, to wiedziałam jaki jest powód mojego uśmiechu.
- Kochanie? - powiedział Kuro, wahając się dłuższą chwilę. Opuściłam rękę i popatrzyłam na zmoczonego chłopaka. Białe kosmyki przylgnęły do jego czoła, przez co wyglądał dość zabawnie.
- Hokori. - odparłam bez najmniejszego namysłu.
- Że co?
- Moje imię. Prawdziwe. - skinęłam głową i podeszłam do niego bliżej. Szare oczy patrzyły na mnie z uwagą, jakby nie rozumiejąc do końca, dlaczego mu to powiedziałam. W sumie to sama nie miałam pojęcia, czemu to zrobiłam. Po prostu... Czułam jakby coś w środku domagało się powiedzenia mu prawdy. Uśmiechnęłam się delikatnie do białowłosego, po czym złapałam go mocno za nadgarstek i ściągnęłam w dół, tak bym mogła swoimi wargami sięgnąć jego ust. Złożyłam na nich szybkiego buziaka, po czym spytałam.
- Zaczekaj tutaj chwilę. - nie pozwoliłam mu nawet odpowiedzieć. Po prostu zniknęłam między drzewami, przemieniając się po drodze w kota.
Niecałe piętnaście minut później byłam z powrotem obok Kuro, w ludzkiej postaci oczywiście. Stał, oparty plecami o drzewo i patrzył w jaśniejące powoli niebo.
- To co? Wracamy? Chyba już wystarczająco przemokłeś? - zaśmiałam się, odwracając sie na pięcie i idąc w drogę powrotną do klasztoru. Białowłosy podążył bez słowa za mną, jakby pogrążony we własnych myślach, zupełnie nie usłyszał moich słów. W sumie na chwilę obecną, pasował mi taki stan. Sama mogłam na spokojnie pomyśleć o swoim planie na najbliższe godziny. Jednak nie było mi dane długo się nad tym zastanawiać, bo Kuro wyrwał się z zamyślenia i postanowił się ze mną podroczyć, a dokładniej mówiąc z moim ogonem, który jakimś cudem wystawał pod peleryny. Obróciłam sie dookoła własnej osi, próbując coś zobaczyć.
- Nie gadaj, że mam dziurę w pelerynie... - mruknęłam ni to zła, ni co.
- Nie, po prostu ją podniosłem - powiedział wprost do mojego ucha, co wywołało we mnie złość i ciarki. Od razu chciałam wymierzyć mu sprawiedliwość za takie droczenie się ze mną, jednak nie trafiłam, a ponad to nadepnęłam na skrawek peleryny, która w tempie natychmiastowym pociągnęła mnie ku ziemi. Na szczęście Kuro złapał mnie tuż nad ziemią, starając się ukryć cichy śmiech. Jednak moje wrażliwe uszy go wyłapały i kiedy stanęłam na proste nogi, chłopak zarobił mocnego kuksańca pod żebra. Próbując się nie śmiać, zaczęłam uciekać przed białowłosym, który za wszelką cenę chciał mi oddać. Tak też, w szybkim tempie dotarliśmy do naszego tymczasowego lokum, gdzie Kuro natychmiast mnie złapał i ściągnął ze mnie przemoczoną pelerynę. Zaśmiałam się cicho, po czym zostałam przyciśnięta do twardego materaca. Dokładnie czułam, jak bardzo obje byliśmy mokrzy i jak ciężki był Kuro. Nie powiem, ważył sobie trochę. Kiedy nasze usta zetknęły się w czułym pocałunku, moja dłoń ponownie powędrowała pod koszulkę chłopaka i.... Ponownie pukanie nam przerwało. Białowłosy natychmiast się ode mnie oderwał, stając na równe nogi, natomiast ja szybko schowałam się pod peleryną, odsuwając się od łóżka, nie chcąc go bardziej zmoczyć. Kuro otworzył drzwi, za którymi stał uśmiechnięty, pulchny mnich. A któż by inny?
- To twoja bluza, Hoshi - powiedział, zerkając na mnie z uśmiechem. - Ciężko było ją doprać, ale jakoś się udało. I nawet trochę ją zszyliśmy, chociaż nie wygląda to tak dobrze, jak na samym początku...
- Nic nie szkodzi. Dziękuję za prace włożoną w wypranie i naprawienie mojej bluz - zgięłam lekko nogi, kłaniając się. Cały czas trzymałam głowę nisko, jednak nie na tyle, by nie móc kątem oka obserwować gościa. Duchowny zamienił jeszcze kilka słów z moim mężem i opuścił pomieszczenie, życząc nam dobrego wieczoru. Kiedy wyszedł ściągnęłam pelerynę i rozwiesiłam ją ja jednym z dwóch krzeseł.
- Powinniśmy sie kłaść - mruknęłam, trochę chłodno, będąc myślami zupełnie gdzie indziej.
- Już? Ale jest jeszcze wcześnie - zauważył białowłosy.
- Wierz mi, że im wcześniej pójdziemy spać, tym lepiej dla nas - odpadłam tajemniczo i pchnęłam chłopaka w stronę łóżka. - Dzisiaj ja śpię na oknie. I żadnego ale, bo oberwiesz - warknęłam i usadowiłam się na parapecie najwygodniej, jak można było siedzieć na twardej powierzchni.


Kilka godzin później, kiedy zapadła już ciemna noc, leżałam pod kołdrą, tuż obok chłopaka. Zakryłam mu usta i potrząsnęłam lekko, by się obudził. Chociaż potrząsanie było zbyteczne, gdyż Kuro otworzył oczy w momencie, kiedy przyłożyłam dłoń do jego ust. Gestem palca na ustach nakazałam mu milczenie. 
- Za drzwiami jest sześcioro ludzi. Nie są to duchowni ani nowi odwiedzający. Mnisi domyślili się, ze to nie były zwykłe ślady po gałęziach i powiadomili o tym najbliższe straże - mówiłam bardzo cicho, tak by mój szept dolatywał tylko do uszu białowłosego - W dachu jest dziura, którą zrobiłam jeszcze za dnia. Uciekniemy przez nią. Wszystko co nasze mam już zabrane. Teraz tylko trzeba sprawnie zwiać przez dziurę. Mam nadzieję, że się zmieścisz. Na trzy zwiewamy... - popatrzyłam w szare tęczówki, z błyskiem w oku i chytrym uśmiechem na ustach. 


Kuro?

Od Kuro

Drzwi trzasnęły za mną, skupiając całą uwagę zakonników na mojej sylwetce. Żaden nie miał na tyle odwagi, by się odezwać, gdy kolejno mijałem mieszkańców klasztoru. Żwawy chód, kierował mnie wprost na dziedziniec, a chwilę później w sąsiadujący las. Shinigami ponownie przejął kontrolę nad mym umysłem. Tym razem na tyle skutecznie, by przeobrazić ciało w wilczą postać.
Potrzebowałem pomyśleć, a ucieczka w gęstwinę, była najlepszym rozwiązaniem na uniknięcie gapiów. Sam nawet nie wiedziałem, kiedy dotarłem w okolicę ostatnich drzew, kryjących mnie przed polaną, gęsto porośniętą wysoką trawą.
Czemu dałem ponieść się emocją? Nie powinienem angażować się w żadne związki, szczególnie z nią, ale jej zachowanie. W tej surowości było coś przyciągającego. Intrygowała mnie, chciałem... ech. Cały czas trzymałem się tej chęci mordu, która praktycznie zanikła. Nawet wilcze instynkty upatrzyły ją sobie jako coś innego niż obiad. Że też musiała przywlec swoje zwłoki do tego cholernego miasta i mnie spotkać.
Silny wiatr doprowadził do mego nosa woń ozonu, informujący o deszczu, nie ubłagalnie pędzącym w kierunku klasztoru i nim się obejrzałem, ściana wody, wyrosła przede mną, gdy ruszyłem w drogę powrotną. Gęste, czarne futro chroniło skórę przed przemoczeniem, więc przekraczając próg, byłem niemalże suchy. Skierowałem się wprost do pokoju, chcąc uniknąć wzroku zaciekawionych gapiów.
-Coś nie tak?- męski głos, dobrze znanego mi zakonnika.
-Problemy... małżeńskie- zawahałem się przez moment, zerkając na nieco pulchniejszą postać.
-A więc Hoshi- mruknął zamyślony- Tak już jest z kobietami, czasem same nie wiedzą czego chcą, ale jeśli darzycie się jakimś uczuciem, nie ma sensu utrzymywać na dystans wybranki.
Szlag, faktycznie miał gadane. Nie zwlekając, ruszyłem do pokoju, w którym tak jak się spodziewałem, dziewczyna leżała na łóżku. Widząc nie w drzwiach, momentalnie zerwała się łóżka, by pojawić się tuż pod moim nosem.
- Tak, jestem pewna wczorajszej decyzji, także dziś- stanowczy ton, małej osóbki rozbrzmiał po pokoju.
Oparłem się o drzwi, nadal lustrując wzrokiem dziewczynę, otuloną peleryną.
-Odezwiesz się w końcu, czy mam tak stać przed Tobą, robiąc z siebie kretynkę?
-Druga opcja wydaje się bardziej kusząca- mruknąłem cicho, uśmiechając się do niej łobuzersko.
-Ale z ciebie kretyn- warknęła, próbując ponownie wdrapać się na łóżko.
Chwyciłem ją za nadgarstek, delikatnie popychając na twardy materac. Tak jak rano, znalazła się między moimi kolanami. Patrzyłem na nią przez długą chwilę, nadal wahając się nad dalszym krokiem. Zesztywniałem, wisząc nad nią i czując oddech na własnej szyi.
Jej drobna dłoń wsunęła się pod materiał bluzy, muskając przy tym moje żebra.
Czy tego chciała, czy ja tego chciałem? Ja pierdolę, szukam już argumentów na siłę.
Przycisnąłem wargi do ust dziewczyny, na co ta już pewniej zajęła się koszulą, jaką miałem na sobie.
Nie miałem obiekcji, by zerwać z niej już i tak wystrzępioną bluzę.Ona również nie protestowała, gdy część garderoby, która w znacznym stopniu okrywała jej ciało, wylądowała na drewnianej podłodze.
Wręcz przywarłem do niej, próbując być jak najbliżej, jednak pukanie do drzwi w momencie przerwało jedną z przyjemniejszych chwil w moim jak i prawdopodobnie jej życiu.
Pierwszym odruchem było stanięcie na równych nogach przy łóżku, natomiast łowczyni starannie okryła się peleryną, kryjąc ubytki w braku ubrań i kocie elementy ciała. Nacisnąłem na klamkę, witając się  pulchną twarzą dobrze znanego nam mnicha.
-Wszystko już między wami w porządku?- rzucił z ciepłym uśmiechem.
-Tak. Wyjaśniliśmy sobie już parę spraw- zerknąłem porozumiewawczo na swoją towarzyszkę.
-Cieszy mnie, że gniew opuścił ten klasztor. Ale, czy w pełni, moja droga Hoszi?- nie doczekał się odpowiedzi, może dlatego, że sam nie pozwolił jej udzielić, gdy dostrzegł poszarpaną bluzę na podłodze.- A cóż to za łachy?
-Moja luba nie ma w zwyczaju patrzeć pod nogi. Nieszczęśliwy wypadek sprzed kilku dni. Na szczęście ona nie odniosła nic poważniejszego jak draśnięcia, jednak błędny wygląd bluzy sugeruje, iż miała bliski kontakt z dzikim zwierzęciem. Niestety większość oszczędności musieliśmy przekazać na leczenie, dzięki któremu jedynym ubytkiem stały się włosy. Nie było zbyt wiele środków, które moglibyśmy przekazać na nowe odzienie, w dodatku ona uparła się, że chce ją zachować. Zabawne jest to, jakie kobiety są sentymentalne.
Mnich pokiwał głową z zadumą, łykając każde słowo jakie wyszło z mych ust.
-A więc pozwólcie okazać nam swą gościnność- mówiąc to, sięgnął po jej zniszczony stój i bez chwili zwłoki, opuścił pokój.
Zerknęliśmy na siebie zmieszani, jednak szybko ułożyłem się na łóżku z zadowoleniem na twarzy.
-No i jeden problem z głowy. Wieczorem wszystko będzie jak nowe. I czyja to zasługa, kochanie?- ułożyłem dłonie pod głową, uśmiechając się łobuzersko do dziewczyny, która oszołomiona całym zajściem sprzed kilku sekund, nie bardzo orientowała się, jak zareagować.



<Hokori?>

wtorek, 29 marca 2016

Od Soishitsu (Hokori)

Przez chwilę patrzyłam za wychodzącym chłopakiem. Kiedy drzwi się za nim zamknęły, spojrzałam na zakrwawiony nadgarstek. Co ja w ogóle zrobiłam? I dlaczego?!? Podniosłam sie do siadu i kilkukrotnie uderzyłam dłońmi w policzki, dla otrzeźwienia. Wzrok miałam już normalny, poprawiło mi się, kiedy Kuro przytknął swój nos do okolic mojej szyi. Na samo wspomnienie przeszły mnie ciarki. To było... nigdy wcześniej nie czułam takiej przyjemności.. Nawet z zabijania. Chociaż chyba nierozsądne było porównywać te dwie przyjemności.
Przemieniłam się w granatowego kota, wcześniej upewniając się, że nikt tego nie zauważy, i wymknęłam się z pomieszczenia. Rozejrzałam się po dziedzińcu. Ani śladu Kuro, najwyraźniej musiał się przejść. Ja chyba też powinnam.. Przemknęłam się szybko pod jakiś daszek i usiadłam, zsuwając wszystkie cztery łapy. Popatrzyłam w zachmurzone niebo, z którego co chwila jakieś krople rozpryskiwały się tuż przede mną. Jedyny odgłos jaki mógł zakłócać moje myśli, to wiatr i deszcz. Miałam chwilę by pomyśleć. I to tak na poważnie.
Przecież ja się tak nigdy nie zachowywałam... Wszystkich trzymałam na dystans, nie pozwalałam się nikomu zbliżyć, az tu nagle... Zatelepałam łebkiem, kiedy duża kropla rozpryskała się o mój nos. Dlaczego to zrobiłam? Czy to przez to, że jako jedyny się mnie nie boi? A może przez to, że jako jedyny zdołał uniknąć mojego ciosu i poniekąd mnie okiełznał? A może... Nie mam pomysłów. Westchnęłam ciężko w głębi. Dlaczego ja pozwoliłam sobie na przywiązanie do tego kretyna?! Jak w ogóle można się do kogoś przywiązać w ciągu niecałych trzech dni?! Przecież to niemożliwe.. prawda...? No cóż... Faktem było, że, czy to przez przywiązanie, nadmiar alkoholu, czy cokolwiek innego, to chciałam, żeby Kuro... To mi nawet nie chce przejść przez myśl. Chciałam, żeby on... Żeby... Warknęłam pod nosem. Nic z tego. Nie przechodzi mi to nawet przez głowę, a co dopiero przez gardło. Zwiesiłam łeb i popatrzyłam w kałużę, która robiła się coraz większa. Zupełnie jak wrogość ludzi wobec mnie. Nie przeszkadzało mi to i nadal nie przeszkadza. Ale Kuro.. On jest inny niż wszyscy. Zdziwiona popatrzyłam w swoje odbicie. Co ja pieprze....? Przecież nie mogę nikomu ufać, nikogo do siebie dopuszczać! Jednak coś w nim jest... Kurwa mać. Podniosłam się i wróciłam do pustego pokoju. Przemieniłam się w człowieka, po czym usiadłam na łóżku, bawiąc się końcówkami włosów. Niesamowite jak jedna osoba może zmienić nasze życie. Niesamowite i przerażające. Gdzieś w głębi chciałam, żeby Kuro został w moim życiu jak najdłużej. Ale nie potrafiłam przyznać tego nawet przed sobą.
Długo czekałam na powrót chłopaka. Zrobiło mi się trochę zimno, więc zarzuciłam pelerynę na ramiona. Kiedy w końcu drzwi się otworzyły i stanął w nich białowłosy chłopak, na moje usta wpłynął niezauważalny uśmiech. Natychmiast wstałam i podeszłam do niego, patrząc prosto w szare oczy.
- Tak, jestem pewna wczorajszej decyzji, także dziś. - powiedziałam twardo, nie bardzo wiedząc jak mam się zachować. Nie umiałam rozmawiać z ludźmi w taki sposób. Klamiac? Owszem. Ale nie mówiąc prawdę, która ledwo przechodziła przez zaciśnięte gardło.

Kuro?

Od Kuro

Ześwirowała? Cholera wie, jak kopnięta jest ta dziewczyna, ale, żeby się ciąć i do tego w czyimś towarzystwie, trzeba mieć wyjątkowo nasrane w głowie. Jak tak dalej pójdzie, to będę musiał tylko ukrócić jej męki, bo sama się wykończy.
Próbując wyrwać jej ostrze, nie byłem w stanie przewidzieć, ani tym bardziej uniknąć wciągnięcia na łóżko. Usadowiła się na mym brzuchu, przyciskając mi jedną rękę swoimi udami do boków. Przez chwilę szamotałem się, próbując wyrwać, jednak, gdy czerwona ciecz zetknęła się z mym językiem, każdy mięsień w moim ciele zwiotczał. Dawno nie czułem smaku krwi w ustach, co pobudziło wilczą część mnie. Nie była to, jednak ta odpowiadająca za chęć mordu, jednak ta uaktywniła się na moment, ale stłumiło ją przywiązanie. Tak, przywiązanie -coś czego obawiałem się najbardziej. Może to zabrzmi nieco dziwnie i dla większości stanowiłoby nie lada zagadkę, jak wyglądało moje dzieciństwo, ale właśnie ono powróciło. Wtedy wpajano mi wszystkie zasady dotyczące szczebli społecznych i niejako "symbiozy".
Dopiero język Soishitsu, zlizujący z moich warg pozostałości jej krwi, sprowadził mnie do teraźniejszości. Patrząc na nią, zaczynałem dostrzegać coś więcej, niż potencjalny posiłek. Nieświadomie zbliżyła nas do siebie, o czym chyba nawet sama nie miała pojęcia.
Martwy wzrok tkwił w jej twarzy, na której wyrósł złośliwy uśmiech, a oczy zabłyszczały. Chcąc postawić gołe stopy na podłożu, powoli rozluźniała uścisk na mych bokach, toteż szybko wykorzystałem okazję. Oba jej nadgarstki zostały ze sobą połączone uściskiem jednej ręki, a drugą zepchnąłem ją obok, po to, by teraz mi dać szansę zawiśnięcia nad nią.
-Co ty robisz?-poczęła się nieco szamotać, na co ja nie zwracałem uwagi. Jej krew okazała się cennym źródłem energii, jakiej brakowało mi od dawna.
Bez słowa, wodziłem nosem w okolicy jej szyi, pociągając nim lekko. Zmysły zaczęły się wyostrzać, dzięki czemu słyszałem każde uderzenie jej serca, czułem przyspieszony puls i strumienie krwi tłoczące się w jej ciele. Mówiąc już o niej... Powoli skierowałem uwagę nadgarstek, zabarwiony na czerwono. Teraz to ja miałem okazję zlizać ciecz z jej ciała.
-Pojebało Cię, człowieku?
-Męczy mnie już Twoje gadanie, wiesz?- dodałem spokojnie, ponownie obierając za cel okolice jej gardła.- Jeśli możesz to przymknij się na moment.
Nie przejmując się protestami z jej strony, nie trwającymi z resztą zbyt długo, nadal korzystałem z okazji i tego, że drugą dłoń miałem wolną. Gdy palec zsunął się z policzka do poziomu mostka, racjonalne myślenie powróciło. Szybko wstałem z łóżka, patrząc przez chwilę na towarzyszkę. Miała zapewne wiele pytań, ale zdziwienie nie pozwoliło ich zadać. Z resztą moje zmieszanie pewnie nie pozwoli na udzielenie odpowiedzi. Oboje nie wiedzieliśmy zbytnio co właśnie się wydarzyło, ale coś jednak trzeba było powiedzieć.
-Dalej pewna co do swojej decyzji z wczorajszego wieczora?- rzuciłem przez bok, wychodząc z pokoju. Potrzebowałem ochłonąć. Chyba oboje musieliśmy.


<Hokori?>

poniedziałek, 28 marca 2016

Od Soishitsu (Hokori)

Kiedy w końcu udało mi się skupić wzrok, na postaci siedzącej na oknie, moje spojrzenie natychmiast skamieniało. Ziewnęłam, przeciągając się, po czym runęłam w bok, z powrotem na poduszkę.
- Nigdy więcej nie piję... W życiu nie miałam takiego kaca... - mruknęłam, bardziej do siebie niż do chłopaka. Po dłuższej chwili ciszy, podniosłam się ponownie do siadu i rozejrzałam po pomieszczeniu, w poszukiwaniu ubrań. A przynajmniej bielizny. Znalazłam ją dość szybko, tylko... dlaczego pod łóżkiem? Starałam sobie przypomnieć, jak ona się tam znalazła. Najwyraźniej, kiedy Kuro prowadził mnie do łóżka, to przez przypadek kopnęłam je nogą..
- Pamiętasz coś z wczoraj? - usłyszałam głos chłopaka, w momencie kiedy schylałam się pod łóże. Zamachałam ogonem wysoko w powietrzu i mruknęłam w odpowiedzi.
- Mam mocną głowę, pamiętam wszystko.
- Czyżby? - spojrzałam na niego. Łobuzerski uśmiech malował się na jego ustach, ale oczy pozostawały chłodne. Posłałam mu lodowate spojrzenie, po czym szybko ubrałam swoją odzież, jedynie żebra pozostawiłam niezabandażowane. Opatrywanie ich byłoby bezsensu, zważając na to, co miałam zamiar robić. Narzuciłam na siebie pelerynę, zaciągnęłam kaptur na głowę i wyszłam na dziedziniec klasztoru, zabierając ukradkiem kilka swoich podręcznych broni. Bramy były jeszcze pozamykane, duchowni najpewniej jeszcze się modlili. Była wczesna godzina. Bardzo wczesna. Popatrzyłam w bezchmurne niebo nad klasztorem. Następnie mój wzrok skierował się na zachód, gdzie napotkał ciemne chmury, pędzące na wschód.
- Będzie padało - łagodny głos, rozległ się tuż koło mojego ucha. Zerknęłam szybko na duchownego i skinęłam głową.
- Uhum.... - mruknęłam. Właściwie tylko na taką odpowiedź było mnie stać. Kac dawał mi się we znaki niemiłosiernie, a ból głowy zaburzał prawidłowe widzenie i utrzymywanie równowagi.
- Mąż jeszcze śpi? - spytał, jednak nie zamierzał czekać na jakąkolwiek odpowiedź. - Chodź, zrobisz mu niespodziankę i przyniesiesz śniadanie do pokoju - jego dłoń spoczęła na moich plecach i duchowny zaczął delikatnie pchać mnie w kierunku budynku, w którym wczoraj lekko się spiłam. Delikatnie mówiąc. Co krok klęłam w myślach. Jeszcze nigdy mnie tak łeb nie bolał.
- Po zjedzonym śniadaniu przyjdź do mnie, dam ci coś na tego kaca - powiedział duchowny, starając się ukryć rozbawienie. Zmrużyłam oczy wściekła. Z wielką chęcią wpakowałabym mu teraz sztylet w gardło. Ale nie mogłam łamać swoich zasad. Przecież każdy porządny łowca, wojownik czy jeszcze ktoś inny, ma swoje zasady, których przestrzega. Dla mnie moje zasady, to było właściwie jedyne prawo, którego przestrzegałam.
Z tacą na rękach wróciłam do pomieszczenia, gdzie Kuro nadal siedział na parapecie. Oczywiście kiedy tylko zamknęłam drzwi, na zewnątrz zrobiło się już totalnie ciemno, a krople deszczu uderzały w szybę. Postawiłam jedzenie na stoliku i runęłam bezwładnie na łóżko, kuląc się najbardziej jak umiałam.
- Masz jedzenie - mruknęłam, ściągając z siebie pelerynę i rzucając ją gdzieś pod łóżko.
- A ty nie jesz? - zapytał, zeskakując z parapetu i podchodząc do stolika.
- Jeśli tylko wezmę coś do buzi, to zwrócę wszystko co jadłam przez ostatni tydzień... - jęknęłam, naciągając poduszkę na głowę. Zaległa cisza, chociaż nie zupełna, ponieważ dokładnie słyszałam jak Kuro je. Może nie był to najprzyjemniejszy dźwięk, ale wolałam to niż zupełną ciszę. Kolejna fala bólu przyćmiła mój umysł zupełnie. Podobnie jak oczy, które stały się bardzo ciemne. Jedyne co widziałam to rozmazana plama na środku mojego pola widzenia, reszta to była ciemność. Podniosłam się powoli do siadu, czując na sobie uważne spojrzenie białowłosego. Powoli sięgnęłam po mały sztylet, leżący niedaleko łóżka. Nie wiedziałam, skąd on się tam wziął, ale w tym momencie było mi to obojętne. Powróciłam do siadu skrzyżnego i przyłożyłam ostrze do prawego nadgarstka.
- Co ty robisz? - usłyszałam Kuro, który natychmiast do mnie podszedł. W tym czasie zdążyłam pociągnąć ostrze po skórze, zostawiając krótką kreskę, która po chwili zaczęła robić się czerwona. Nacięłam rękę jeszcze trzy razy, schylając się, by uniknąć ręki chłopaka. Kiedy po mojej dłoni spływała stróżka krwi, złapałam Kuro za łokieć i pociągnęłam w swoją stronę. Jako, że chłopak się tego nie spodziewał, to nie udało mu się zachować równowagi i upadł plecami na niezbyt miękkie łóżko. Natychmiast usiadłam na nim okrakiem, żeby nie mógł się ruszyć. Zdrową dłonią przycisnęłam lekko jego gardło, natomiast drugi nadgarstek przystawiłam do jego ust, tak by moja krew znalazła się na jego wargach. Po chwili odsunęłam rękę od ust chłopaka i nachyliłam się nad nim jeszcze bardziej, delikatnie przymykając oczy. Przeciągnęłam lekko końcówką języka po jego wargach, zlizując swoją krew.


Kuro?

niedziela, 27 marca 2016

Od Kuro

Dłoń spoczęła na potężnych drzwiach, by chwilę później starannie je za sobą zamknąć. Mimo, iż atmosfera udzieliła się surowej łowczyni, wolałem ten czas spędzić sam, myśląc nad wykończeniem tej małej zołzy. Ta tak, czy inaczej zrzuciła pelerynę, z resztą nie tylko ją. Reszta jej garderoby walała się po podłodze, podczas, gdy ona rozłożyła się bez krępacji na łóżku, czego nie można powiedzieć o mnie. Szybko odwróciłem wzrok, wiedząc, iż cała sytuacja spowodowana jest alkoholem, a przynajmniej tak sobie wmawiałem. Jak na złość odkryła moje zawstydzenie i przywarła swym ciałem do mych pleców, nieco się o nie ocierając.
Niech to szlag, znalazła słaby punkt. Nie powinienem się w nic angażować, a zwłaszcza w związek z NIĄ. Trzeba to zakończyć. Dziś! Tej nocy! Uda się, jest nawalona i... kurwa nie mogę. Doskonale się zorientują, że tylko ja miałem możliwość ją zabić. Wyjdzie kim jestem na prawdę.
- Jutro znowu będziesz oschła - rzuciłem w odpowiedzi na jej jednoznaczne propozycje.
- Nie chciałbyś tego wykorzystać...? - zerknęła niewinnie, machając łagodnie ogonem.
-Może kiedy indziej- wyjrzałem za okno, starając się unikać jej sylwetki.
-No co ty. Taka okazja nie powtórzy się kolejny raz- stanęła obok, ocierając o mój brzuch.-Dobrze wiem ile te wyrzeczenia Cię kosztują.
-Pomyślimy nad tym jutro, dobrze?- chwyciłem ją za ramiona, prowadząc w stronę łóżka, na którym wylądowała z wielkim hukiem i jeszcze głośniejszym śmiechem.
"Co oni sobie o nas pomyślą". Chwyciłem się z zakłopotaniem za czoło. Zdjąłem bluzę, by okryć jej ciało, ale ta prawie natychmiast ją zrzuciła na podłogę.
-Za ciepło mi, ośle, a ty jeszcze mnie przykrywasz- wymamrotała w pół śnie.- Kładź się spać.
-Tak, to chyba dobry pomysł- rzuciłem, kierując się w stronę okna, gdzie zamierzałem spędzić noc.
-Kuro- jej dłoń, chwyciła za kawałek koszuli.
Nachyliłem się nad nią, zastanawiając co jej podchmielony umysł jeszcze mógł wymyślić.
-Całkiem dobrze kłamiesz i masz potencjał. Dobrze, że nie jesteś żadną maszkarą, bo szkoda byłoby zabijać taką niedorajdę jak ty.
A więc pijana łowczyni jednak ma serce, które nie do końca zajęło skurwysyństwo. Ponownie położyłem swoją bluzę obok dziewczyny, a sam zająłem miejsce na twardym parapecie. Długi czas biłem się z myślami, co teraz zrobić. Zabicie jej w tym momencie przyniesie mi reputację niepokonanego. Jako Shinigami, będę mógł wieść spokojne życie, polegające na bezkarnym plądrowaniu wsi i już nikt nie będzie w stanie mi przeszkodzi, ale jako Kuro... Upozorowanie samobójstwa nie jest w moim stylu.
Kurwa! Co się ze mną dzieję? Zbliżyłem się do łóżka, na którym zwinięta dziewczyna, spała w najlepsze.
-Taka okazja- jęknąłem cicho, nie mogąc pogodzić się z tym, iż jeszcze oddycha.
No trudno, trzeba jeszcze poudawać zatroskanego praktykanta. Od niechcenia okryłem ją bluzą, na co ta, jakimś dziwnym zwinnym ruchem, oplotła się w okół mojej ręki. Skubana nawet śpiąc jest szybka.
Spiąłem się lekko, czując pod palcami jej żebra. Siłując się z tym małym skrzatem, nie byłem nawet świadom jakie pokłady mocy leżą w tak małym ciele. Przysiągłbym, że w ten sposób uśmierciłaby pięciolatka.
W końcu gdy uwolniłem kończynę z morderczego uścisku, mogłem usadowić się w spokoju na mym parapecie. Sen nie trwał zbyt długo, gdyż promienie Słońca zaczęły drażnić oczy przez powieki. Wyprostowałem się, słysząc jak wszelkie kości w mym ciele wydają z siebie charakterystyczny trzask.
-Ja pierdole, moja głowa- wyjęczała, podnosząc się ciężko do pozycji siedzącej.
Jej niemrawy wzrok w jednej chwili powędrował w moją stronę, jakby wyczekiwał odpowiedzi.

<Hokori?>

Od Soishitsu (Hokori)

Popatrzyłam na Kuro w zamyśleniu.
- Nie wiem - wzruszyłam ramionami. - W sumie to zjadłabym coś... - mruknęłam, a burczenie mojego brzucha, tylko potwierdziło, to co powiedziałam. Na twarzy białowłosego pojawiło się rozbawienie, a usta ułożyły się w delikatny uśmiech.
- Też bym coś w sumie zjadł. - zeskoczył z prowizorycznego parapetu i stanął przy drzwiach, spoglądając na mnie wyczekująco. Westchnęłam cicho pod nosem i założyłam pelerynę, wiążąc sobie sznureczki pod gardłem. Może nie najmądrzejsze, ale tylko tak peleryna trzymała się tam gdzie chciała. Zaciągnęłam wielki kaptur na głowę i stanęłam przed Kuro. Chłopak przyjrzał mi się uważnie, po czym poprawił materiał tak, by zasłaniał mnie całą. Skinęłam głową w podziękowaniu i wyszłam przez drzwi, które białowłosy otworzył szybkim ruchem. Zastrzygłam uszami i pociągnęłam nosem, szukając kierunku, w którym powinniśmy się udać.
- Ah, Hoshi, Kuro, zapraszam do jadalni! - uprzejmy, chropowaty głos skierował nasze kroki w prawą stronę. Co jakiś czas zerkałam w bok, by sprawdzić czy chłopak idzie za mną. Nie wiem czy chciałam upewnić siebie, czy nie jest on czasem jakimś snem, czy po prostu sprawić wrażenie kochającej żony. Skrzypnięcie drewnianych drzwi, oderwało mnie od myśli i skupiło wszystkie zmysły na cudownym zapachu jedzenia, które unosiło się w sporym pomieszczeniu, w którym panował niewielki gwar. Długie, drewniane stoły stały w szeregu, a w około nich zasiadali uśmiechnięci ludzie i pałaszowali jedzenie podane na dużych, srebrnych talerzach. Wielkimi oczami przypatrywałam się temu wszystkiemu.
- Utrzyj usta, skarbie - białowłosy schylił się do mojego ucha. Natychmiast otarłam usta rękawem peleryny, na co duchowny posłał mi rozbawiony uśmiech.
- Widzę, iż jesteś bardzo głodna. Usiądźcie tam przy kominku, wraz z pastorem. Chciałby was poznać. W tym czasie ja przyniosę wam coś do jedzenia. - wskazał mężczyznę w brązowym habicie, siedzącego przodem do ognia w kominku. Uśmiechnęłam się z wdzięcznością i podążyłam we wskazaną stronę.
- Jak mniemam, wy jesteście Hoshi i Kuro, racja? - zapytał z szerokim uśmiechem, kiedy tylko się zbliżyliśmy. Mimo, że jego głos nie był jakoś bardzo głośny, to było go słychać bardzo wyraźnie, tak jakby wszyscy w pomieszczeniu cichli, kiedy on mówił.
- Tak, to właśnie my - powiedziałam i usiadłam na drewnianej ławce, spuszczając nieco głowę.
- Pastor wybaczy, mojej żonie, ale ona choruje na bardzo rzadką chorobę, przez którą straciła włosy i teraz wstydzi się pokazywać - chłopak powiedział swobodnie, zasiadając obok mnie. Zerknęłam na niego zdziwiona. Wymyślił to na poczekaniu czy zaplanował to już wcześniej? Tak czy inaczej, była to bardzo dobra wymówka, co tylko potwierdziło moje domysły o jego inteligencji. Na pewno nie był to zwykły chłopak...
- Ależ oczywiście. Życzę szybkiego powrotu do zdrowia - zwrócił się do mnie, za co podziękowałam mu uśmiechem. Po tym nastąpiła dłuższa wymiana zdań, przy której na zmianę pokazywaliśmy potęgę naszej wyobraźni i inteligencji. Musiałam przyznać przed samą sobą, że byłam pod wrażeniem, tego jak sprawnie Kuro operował kłamstwem. Po zakończonej rozmowie przyszła pora na posiłek, który był naprawdę syty. Nie powiem, że nie lubiłam przebywać w klasztorach. Były to miejsca, w których dawali najlepsze posiłki. Tym razem poczęstowano nas również alkoholem, co spotęgowało poczucie błogości.
Kiedy z pełnym kuflem w ręku wracaliśmy do naszej izdebki, słońce już zachodziło. Czas bardzo szybko minął na rozmowie z tymi miłymi ludźmi. Nie rozmawialiśmy tylko z duchownymi, ale też z innymi przyjezdnymi, jednak cały czas zachowywaliśmy ostrożność, by nie wpaść w tarapaty. Byłam już nieco zmęczona, jednak spora ilość trunku sprawiła, że humor dopisywał mi jak jeszcze nigdy. Kuro na szczęście nie wypił tyle co ja, ale też trochę go przyćmiło. Postawiłam kufel na stole i ze śmiechem rzuciłam się na łóżko, uprzednio zrzucając z siebie całą odzież, dosłownie całą. Bandaż zakrywający moje żebra też wylądował na ziemi razem z kusymi majteczkami. Zamachałam lekko ogonem i ziewnęłam szeroko.
- Gorąco tu... - mruknęłam z pół przymkniętymi powiekami.
- Już się rozebrałaś... - powiedział Kuro. Czy mi się tylko wydaje, czy był trochę speszony? Podwinęłam nogi pod brzuch, wypinając się w kierunku chłopaka i popatrzyłam na niego kątem oka. Białowłosy tylko odwrócił wzrok, po czym stanął do mnie plecami. Zachichotałam pod nosem i zamachałam ochoczo ogonem, strzygąc jednocześnie uszami. Podniosłam się powoli z łóżka, mając niemałe problemy z utrzymaniem równowagi i zbliżyłam się do pleców chłopaka.
- Było bardzo miło, nie sądzisz...? - spytałam cicho, ocierając się delikatnie uchem o jego plecy. Czułam, że chce się odsunąć, więc szybkim ruchem oplotłam ręce wokół jego ciała i przycisnęłam do siebie.
- Chyba trochę za dużo wypiłaś - nieco kąśliwa uwaga, nie zrobiła na mnie najmniejszego wrażenia.
- Pewnie tak - wzruszyłam ramionami i stanęłam przed Kuro w pełnej okazałości. Chłopak ponownie odwrócił wzrok. - Będę miała jutro kaca. Najwybitniejsza łowczyni Soishitsu będzie jutro na kacu.. - mruknęłam, po czym roześmiałam się na całe gardło.
- Jutro znowu będziesz oschła - zauważył białowłosy. Spojrzałam prosto w szare tęczówki. Rozszerzone źrenice, prawie w całości zakrywały czerwone koła, mimo to moje oczy błysnęły niebezpiecznie.
- Nie chciałbyś tego wykorzystać...? - przechyliłam głowę w prawo, machając ogonem i strzygąc co chwila uszami.


Kuro?

Od Kuro

Rozejrzałem się po niewielkim, skromnie urządzonym pokoju. Proste łóżko, mała szafka i okno z potężnym parapetem, jeśli można byłoby go nazwać parapetem. Było to nic innego jak wgłębienie w ścianie z mleczną szybą.
Kiedy zakończyłem oględziny pokoju, Hokori ulokowała się na łóżku, oglądając nowo nabyte rany.
-Pomogę Ci- postąpiłem kilka kroków, jednak szybko zostałem upomniany.
-Nie zbliżał się szczeniaku. Dam sobie radę bez Twojej pomocy.
Usiadłem, więc pod ścianą i przyglądałem się nieudolnym poczynaniom łowczyni, a uśmiech na mojej twarzy z każdą próbą robił się coraz szerszy.
-Daj to, marudo- zbliżyłem się o wiele pewnie, wyciągając dłoń.
-Powiedziałam, że sobie poradzę, jeśli nie rozumiesz raz, to wbiję Ci to, do tego pustego łba- wycedziła przez zęby, irytując się każdą kolejną sekundą.
-Przestań być taka uparta i daj sobie pomóc- przewróciłem oczami i chwyciłem skrawek bandaża, wysuwający się spod jej palców.
Widząc to, chwyciła mnie za rękę i starała przyciągnąć, by po raz kolejny ofiarować mi kopniaka w brzuch. Miałem już dość tej jej zaborczości, a także zgrywania sieroty. Zniecierpliwiony wyrwałem się z uścisku, podnosząc ją jedną ręką, by chwilę później przygwoździć do łóżka, przytrzymując delikatnie gardło przeciwniczki.
-Gdybym chciał Cię zabić, uwierz mi, zrobiłbym to dawno, zamiast użerać się z taką nieznośną istotą jak ty. To tylko bandaże, jeśli tak Ci zależy, możesz powiedzieć, że opatrzyłaś się sama. Doskonale wiesz, że nie poradzisz sobie sama, dlatego zamknij się w końcu i daj mi te pierdolone bandaże, zanim sam Ci wyrwę- mówiłem półszeptem, zachowując spokojny, aczkolwiek stanowczy ton.
Czerwone oczy patrzyły na mnie ze zdumieniem, jednak nadal starały się zachować surowość. Chyba jednak przejrzała na oczy i zdała sobie sprawę, że sama tego nie zrobi, toteż bez słowa wcisnęła mi opatrunek. Ostrożnie rozluźniłem uścisk na jej dłoni, pozwalając by usadowiła się wygodnie na krawędzi łóżka, a sam przyklęknąłem na ziemi, oglądając własne dzieło.
-Nie wygląda to najlepiej, na wszelki wypadek przemyje wodą.
-Miałeś mnie opatrzyć, a nie robić ze mnie idiotkę- fuknęła.- Bandażuj i przestań pierdolić.
-Chociaż nie przeszkadza mi brak bluzy, to jednak wolałbym to zrobić raz, a porządnie.
Nie czekając na zgodę, namoczyłem szmatę w wiadrze w wodą, po czym przyłożyłem do bladej skóry na ramieniu, na co ta lekko się wzdrygnęła.
-Po tym co przeszłaś, nie mów mi, że szczypie Cię kontakt z wodą- słaby uśmiech wkradł się na twarz, za co zostałem spiorunowany wzrokiem.
Nim przyłożyłem bandaże do skóry, łowczyni miała ciągłe uwagi co do mojego sposobu opatrywania.
"Trochę wyżej", "Zaciśnij mocniej", "Kurwa, no już ślepy zrobiłby to lepiej".
-Przymknij się w końcu, marudo- posłałem jej życzliwy uśmiech.
Czy to niezbyt grzeczna uwaga, czy urok? Coś spowodowało, że do końca zabiegu nie pisnęła słówka.
-Aż tak źle było?- dodałem, podziwiając swoją pracę.
-Do ideału Ci daleko, ale tymczasowo wystarczy- jej krytyczne oko, próbowało doszukać się najmniejszego błędu.
-Faktycznie, mogłoby wyglądać to nieco lepiej, ale sama nie osiągnęłabyś tak dobrego efektu.
-Widzę, że stałeś się nieco bardziej wyszczekany.
-Te paręnaście godzin z Tobą dało mi do myślenia. Co z Tą bluzą?
-Jest brudna. Może Tobie nie przeszkadza noszenie takich ciuchów, ale ja wolę odświeżyć ubranie jeśli mam taką możliwość. A i żeby nie było nieporozumień, śpisz na podłodze.
-Nie wykorzystasz okazji, by spędzić noc ze swoim mężem?- spojrzałem łobuzersko w stronę dziewczyny.
-Nie przeginaj, gnojku- warknęła ostrzegawczo- mimo wszystko... dzięki za pomoc.
Ostatnie słowa przeszły przez gardło z niesamowitym trudem. Była chyba tak samo zaskoczona jak ja, że coś takiego wyszło z jej ust.
-To... co teraz? Do zachodu jeszcze kawał czasu-zasiadłem na parapecie, przyglądając towarzyszce.




<Hokori?>

sobota, 26 marca 2016

Od Soishitsu (Hokori)

Wzruszyłam ramionami.
- Bywałam już w klasztorach, ale za każdym razem to był inny. Staram sie nie wracać dwa razy w to samo miejsce - mruknęłam, rozglądając się dookoła. Niedaleko, przed nami, rysowały się szczyty wzgórz, między którymi zazwyczaj były zakony. Liczyłam, że i tym razem duchowni postąpili według szablonu. Zatrzymałam się w pół kroku i narzuciłam na siebie pelerynę, którą zerwałam ze sznurka, jeszcze we wiosce. Zarzuciłam kolejny kaptur na głowę, zasłoniłam się fałdami materiału aż po same stopy i ruszyłam przed siebie. Kolejną część drogi pokonaliśmy w milczeniu. W sumie to mi pasowało. Praktycznie nie zauważałam obecności, tego szczeniaka. Nie przeszkadzały mi nawet myśli, mój umysł był zupełnie pusty. Wszystkie moje zmysły odpoczywały, chociaż cały czas pozostawały czujne. Nie mogłam sobie pozwolić na zupełne wyłączenie się, nie ufałam temu chłopakowi.
W końcu, po kilku godzinach marszu, około południa, dotarliśmy do bram wielkiego klasztoru, schowanego między wzgórzami. Tak jak sądziłam, duchowni zachowali szablon. Bez słowa weszliśmy na dziedziniec klasztoru, wciągu dnia brama była otwarta. Na szczęście był to jeden z przyjaźniej nastawionych domów duchownych. Na środku wielkiego dziedzińca stał kościół, na około niego, były ogródki, stajnie z bydłem, biblioteka, pomieszczenie lekarskie i różne inne tego typu miejsca.
- W czymś mogę służyć, moi przyjaciele? - łagodny, choć chropowaty głos zagadnął nas z prawej strony. Odruchowo drgnęłam i spojrzałam na niskiego, lecz pulchnego duchownego w brązowej szacie. Poruszyłam delikatnie ogonem, jednak ten ruch skryły fałdy peleryny. Spuściłam delikatnie głowę, by mężczyzna nie zauważył moich oczu, po których zapewne by mnie rozpoznał. Chociaż nie byłam pewna, że tacy ludzie jak on, znają kogoś takiego jak ja.
- Przybyłam tu wraz z mężem, szukamy schronienia na kilka dni. Podróżujemy pieszo, jesteśmy dość zmęczeni. - powiedziałam szybko, bez zastanowienia. Kątem oka widziałam lekkie zdziwienie, które pojawiło się na twarzy białowłosego.
- Och, oczywiście. Znajdzie się tutaj miejsce dla waszej dwójki, jednak kościół... - urwał, kiedy mu przerwałam.
- Oczywiście. Kościół jest przez nas wspierany finansowo. I tym razem tak będzie. - powiedziałam. Starałam sie by mój głos brzmiał łagodnie, chociaż chyba zapomniałam jak to robić... Kątem oka widziałam, że duchowny nieco się zmieszał, kiedy otwarcie, bez owijania w bawełnę, powiedziałam o pieniądzach. Jednak po chwili sie zreflektował i oparł.
- Tak, tak... A jak macie na imię, moi przyjaciele? - w tym momencie zdałam sobie sprawę, że nie mam pojęcia jak nazywa się białowłosy chłopak.
- Nazywam się Hoshi - odparłam krótko. Zazwyczaj tym imieniem przedstawiałam się w klasztorach.
- Ach... Gwiazda. Bardzo ładnie, a ty, młody człowieku? - zwrócił się do białowłosego dupka.
- Kuro - powiedział, uśmiechając się miło. Ukradkiem przewróciłam oczami. Po krótkiej wymianie zdań na temat tego, dokąd zmierzamy, duchowny zaprowadził nas do jednej z wielu izdebek, które przeznaczone były dla przyjezdnych. Na do widzenia wręczyłam mężczyźnie kilka srebrnych monet, za co on podziękował i poinformował nas o jedzeniu, które możemy dostać w kuchni za darmo. Wystarczy poprosić tutejszego kucharza o strawę. Skłoniłam się duchownemu i zamknęłam delikatnie drzwi. Natychmiast rozwiązałam sznureczki od peleryny, które miałam zawiązane tuż pod gardłem. Dość ciężki materiał zsunął się z moich ramion i wylądował na drewnianej podłodze pomieszczenia. Pochwyciłam chłodne spojrzenie szarych oczu.
- Dlaczego powiedziałaś, że jestem twoim mężem? - spytał, nie spuszczając ze mnie wzroku. Zasłoniłam peleryną, małe okno, po czym odwróciłam sie do chłopaka plecami.
- Bo inaczej daliby nam oddzielne pokoje. Wole mieć cię na oku. - mruknęłam, ściągając z siebie zakrwawioną bluzę. Mam nadzieję, że mają tu gdzieś.... Coś w czym mogłabym ją wyprać. Jak na razie rzuciłam ją na jedno z dwóch krzeseł i delikatnie poruszyłam ramionami. Bolało jak cholera, ale nie dałam tego po sobie poznać. Spojrzałam na swoje ciało, które było tylko w bieliźnie i przybrudzonych bandażach. Trzeba je znowu zmienić... W takim tempie zbankrutuje na samych bandażach. Cudownie.


Kuro?

Od Kuro

Zdziwiło mnie zachowanie dziewczyny, gdy szybkim ruchem pozbawiła życia nieprzytomnego chłopaka. Jej obojętny wzrok był mi dobrze znany. Sam tak wyglądałem lata temu, gdy rozpoczynałem swój żywot jako "Shinigami".
Bez słowa zarzuciła swój dobytek na ramię, starając się ukryć towarzyszący jej ból.
-Czego za mną leziesz?- rzuciła przez ramię.
-Mam siedzieć przy tamtym truchle?- odpowiedzenie pytaniem, na pytanie najwyraźniej nie przypadło jej do gustu.
-Rób jak chcesz. Możesz go nawet wypchać. Nie mój interes. Pytam tylko, po jakiego chuja łazisz za mną.
-Ktoś powinien Cię opatrzyć. Bynajmniej nie zrobisz tego sama.
-Widać znawca się znalazł- przewróciła oczami, a w jej głosie nadal było słychać kpinę.
-Żebyś się nie zdziwiła- mruknąłem nieco chłodniej.
Im dalej odchodziłem od wioski, tym czułem się wolniejszy. Nie wiem jakim cudem, ale maska jaka towarzyszyła przez ostatnie lata, zaczynała się odklejać.
-Tobie bałabym się powierzyć gałąź, a co dopiero...
-Daruj sobie uszczypliwości, mała. Jestem uparty i nie wrócę do wioski tylko dlatego, że mnie obrażasz. Idę za Tobą w konkretnym celu, więc zapomnij, że będziesz sama w ciągu następnych tygodni- zrównałem się z nią, na co ta tylko zmarszczyła nos z niezadowolenia.
-Przeginasz, dupku, ale widzę, że masz jaja jeśli dalej chcesz za mną chodzić, a tym bardziej zwracasz się tak do mnie. Chociaż to może czysta głupota.
-Ocenisz to samodzielnie, jeśli Ci tak na tym zależy. To, gdzie teraz?
-Klasztor. Tam nabiorę sił, wyleczę rany i pomyślę co dalej- urwała krótko, naciągając kaptur praktycznie na sam nos.
Pierwszy etap planu się powiódł. Teraz należy czekać na odpowiedni moment, by zaatakować. Czemu nie teraz? Niestety jestem honorowy, a tak łatwy łup, jakim była teraz nie cieszyłby mego podniebienia w takim samym stopniu, jak po trudnej walce.
Większość drogi przebyliśmy w ciszy, a jedynym tematem jaki poruszyliśmy, był właśnie ów klasztor, do którego za wszelką cenę, próbowaliśmy się dostać.
-Byłaś już tam kiedyś?
-A co?
-Zastanawiałem się jak może to wszystko wyglądać od środka. Nie miałem okazji opuszczać wioski zbyt często- przeciągnąłem się, po całonocnej podróży.




<Soishitsu?>

piątek, 25 marca 2016

Od Soishitsu (Hokori)

- Nie twoja sprawa szczeniaku - w moim głosie na powrót zagościła złośliwość. Rozejrzałam się po najbliższym otoczeniu, zastanawiając się kto, i czy w ogóle, mógł mnie szukać. Teoretycznie pół kraju. W praktyce tylko parę osób. Niewiele jest ludzi na świecie, którzy są na tyle głupi, by mnie ścigać. By w ogóle się do mnie zbliżać. Zerknęłam kątem oka na białowłosego chłopaka. Nie był głupi. Tego byłam pewna. I był zwinniejszy niż typowi wieśniacy, dowodził tego unik, który wykonał, kiedy się spotkaliśmy. Mimo iż byłam, i nadal jestem, osłabiona, to moje ciosy są naprawdę szybkie, a jemu udało się go uniknąć. Coś było nie tak z tym chłopakiem... Zaczęłam zbierać rzeczy, które należały do mnie.
- Co robisz? - spytał chłopak, podnosząc się.
- Zabieram się stąd, nie widać? - syknęłam, posyłając mu wściekłe spojrzenie.
- Uciekasz? - zapytał, jakby... rozbawiony?  Wyprostowałam się i wbiłam spojrzenie w pień drzewa, który miałam przed twarzą. - Zostawiasz tych ludzi na pastwę Shinigamiego? Nie pomożesz im?
Natychmiast się odwróciłam i przycisnęłam go do drzewa.
- Ja nikomu nie pomagam - syczałam przez zaciśnięte zęby - Mam gdzieś tych ludzi i to w jaki sposób zginą. Wisi mi to co stanie się z tobą i z tym zapchlonym kundlem. Nie uciekam, zmieniam lokacje. - odsunęłam się i powróciłam do pakowania rzeczy. - W następnym mieście mam dwa zlecenia. Kasa mi się przyda, na kolejne bandaże. A tobie radze się trzymać w wiosce. - mruknęłam i zarzuciłam kaptur na głowę. Po paru krokach, złapała mnie za ramię silna ręka.
- Ktoś musi opatrzyć twoje ramiona. - twardy głos białowłosego wywołał we mnie chwilowy paraliż, jednak szybko odskoczyłam, wyrywając się chłopakowi i kopiąc go centralnie w żołądek.
- Nie waż się mnie dotykać. - syknęłam. - Sama opatrzę sobie ramiona.
- Nie zrobisz tego sama.
- Zrobię. - warknęłam i zbliżyłam się do śpiącego bruneta. Wyciągnęłam, z kieszeni pałeczkę, która natychmiast przekształciła się w kosę. Przystawiłam ostrze do gardła chłopaka i popatrzyłam na niego nieco smutnie. Szkoda, że nie pamiętam jak to jest czuć. Szybkim ruchem pociągnęłam broń w swoją stronę, ostrze gładko przeszło przez szyję bruneta, odcinając ją od reszty ciała.
- I tak by go zabili - wzruszyłam ramionami, schowałam broń i odwróciłam sie na pięcie odchodząc. Muszę skołować jakąś pelerynę, żeby mnie nie rozpoznali tak szybko. Musiałam zostać w jednym miejscu kilka dni, żeby odzyskać w pełni siły. Najlepszym miejscem do tego byłby klasztor, oni zawsze mają miejsca, nawet dla takich jak ja.


Kuro?

czwartek, 24 marca 2016

Od Kuro

Korzystając z wywołanego zamieszania, ponownie wymknąłem się spod czujnego oka łowczyni. Ta nie dążyła się stęsknić za towarzystwem, gdyż zaraz przywitało ją donośne warczenie.
Nim ta zdążyła drgnąć, wylądowała na ziemi, a kaptur zsunął się, odsłaniając kocie uszy. Zawisłem nad Soishitsu, nie mogąc przestać myśleć o smaku jej krwi. Gdy kły miały zacisnąć się na gardle ofiary, w ułamku sekundy szala zwycięstwa przeszła na stronę białowłosej, która jakimś cudem dała radę sięgnąć po sztylet. Ten zatopił się w moim boku, zalewając futro czerwoną cieczą.
-Niech Cię szlag, suko!- tylko to krążyło w moich myślach.
Jej cyniczny uśmiech pojawił się w tej samej chwili, jakby odczytała groźby, kłębiące się w środku mnie.
Rozpoczął się morderczy wyścig między drzewami. Łowczyni bez problemu omijała zwalone pnie i wszelkie przeszkody, stające na jej drodze. Nie byłem gorszy, dorównując jej tempa. Kiedy byłem w stanie chwycić materiał jej ubrania, ta niespodziewanie zatoczyła obrót w powietrzu, wymierzając cios w mój pysk. No niezła jest, ale nie na tyle, by mnie zrazić. Metą okazała się wioska, gdzie po raz kolejny uchroniła się przed śmiercią. A może tak tylko mi się wydawało? Nim jednak zdążyłem przyjrzeć się całej sytuacji, skryłem się w lesie, unikając świadków.
Musiałem jak najprędzej wrócić do obozu, ale... jak wytłumaczyć ten bok? Mimo, iż miałem zdolność do szybkiej regeneracji ran, jak większość wilkołaków, nie było szans, by w przeciągu kwadransa pozostała jedynie blizna.
Po raz kolejny zakląłem w myślach, planując jak wyjść z całego zajścia w miarę wiarygodnie. Cóż mi pozostało, jak nie samookaleczenie?
Ten idiota nadal spał, co działało na moją korzyść. Wszystko co było w zasięgu wzroku, starałem się w miarę możliwości uszkodzić, a siebie samego...
W końcu nóż, z początku używany do zabawy, przydał się do czegoś ambitniejszego. Liczne cięcia, dźgnięcia i draśnięcia w kilka sekund pojawiło się na moim ciele. Nim łowczyni pojawiła się w pobliżu, klęczałem pod drzewem, nad ciałem tamtego durnia, zalewając się niewielką ilością krwi.
-A co wyście tu kurwa robili?- spojrzała z niedowierzaniem na obóz.
-Byli tu. Szukali Cię i Twoich rzeczy- wydusiłem z siebie, starając się brzmieć w jak najbardziej przekonywujący sposób.
-Kto? Co z nim?
-Nic mu nie jest- uśmiechnąłem się życzliwie.- Tamci mówili o jakiś niezałatwionych sprawach. Gdybyś przyszła chwilę wcześniej, mogłoby być z Tobą źle. To bydle ich wystraszyło.
-Zbyt często zdarza Ci się go ostatnimi czasy widywać- mruknęła, nieco mniej oschle niż zwykle. Mógłbym nawet przypuszczać, iż było tam coś w stylu... żartu?
-Najwidoczniej, przyciągasz same kłopoty- zaśmiałem się do niej, by chwilę później spojrzeć z przerażeniem na jej zakrwawioną bluzę-  Tobie co się stało?

<Hokori>

poniedziałek, 21 marca 2016

Od Soishitsu (Hokori)

     Przymknęłam lekko oczy. Byłam zmęczona, mimo krótkiego odpoczynku, kilkanaście minut wcześniej. Może ten białowłosy idiota, miał rację, mówiąc o posiłku. Nawet jeśli to nie miałam na to teraz czasu. Muszę być przygotowana na ponowne odwiedziny tego kundla. O ile w ogóle znowu się tu pojawi. Kiedy tylko usłyszałam ruch po swojej prawej, szybkim ruchem wyciągnęłam z kieszeni sztylet i wbiłam go w skrawek ubrania chłopaka, przytwierdzając go tym samym do ziemi.
- Nigdzie nie idziesz, gnojku - warknęłam, nie otwierając oczu.
- Powinnaś coś zjeść - powiedział. - Skoczę tylko po jedzenie, które wcześniej zostawiłem...
- Ani mi się waż ruszać stąd dupę! - podniosłam głos, a moje wściekłe spojrzenie padło prosto na twarz białowłosego. Wyprostowałam się i nadstawiłam uszu, wyłapując jakieś ciche szmery wśród drzew. - Co jest, do... - urwałam, kiedy grot strzały utknął w pniu drzewa tuż obok mojej głowy. Spokojnie przeniosłam spojrzenie czerwonych oczu na szczupłą postać, kryjącą się za drzewem. Zaśmiałam się pod nosem, wyciągnęłam strzałę z drzewa, odczepiając kaptur i podniosłam się, spoglądając na chowającą się osobistość.
- Nadal masz zeza, szczeniaku - zaśmiałam się, co wywołało ową osobę z ukrycia. Postacią z cienia okazał się być średniego wzrostu chłopak o niebieskawych, krótkich włosach i przenikliwych brązowych oczach. W ręku trzymał wielki łuk, przez ramie przerzucony miał kołczan pełen zatrutych strzał, na sobie natomiast tradycyjny łowiecki strój.
- Za to ty, nadal jesteś złośliwa - mruknął, wyciągnął następną strzałę i wycelował nią prosto w moją głowę. Zaśmiałam się nieco psychopatycznie, przysuwając grot strzały do nosa. Jeden wdech powietrza wystarczył, by odsunąć strzałę z grymasem na twarzy.
- Chyba substancje ci się pomyliły - mruknęłam z przekąsem, zerkając na nowo przybyłego.
- Nie sądzę. Na truciznach znam się jak nikt - odparł, opuszczając lekko broń, po czym na jego celowniku znalazł się białowłosy. - A to kto? Twoja nowa zabawka? - brązowe oczy zmrużyły się, kiedy ich właściciel przygotowywał się do strzału. Popatrzyłam na chłopaka, siedzącego wciąż pod drzewem.
- To? - wskazałam na niego skinieniem głowy, po czym zbliżyłam się powoli i pochyliłam nad nim, wpatrując się uparcie w szare oczy. Zachichotałam cicho, oblizałam wargi, po czym wyprostowałam się, gwałtownie odwracając do starego znajomego. - Właściwie to nawet nie wiem jak ma na imię. Ale to chyba nieistotne? - przekrzywiłam leciutko głowę i zbliżyłam się do bruneta. - Poza tym... - stanęłam na palcach, tak by moje usta znalazły sie tuż przy uchu chłopaka - Moją zabaweczką niezmiennie pozostajesz TY... - wykonałam za plecami szybki ruch, przełożenia strzały z jednej ręki do drugiej, po czym wbiłam jej zatrute ostrze w plecy bruneta. - Aczkolwiek, bardziej przydatny będziesz jako półprzytomna przynęta.
Chłopak wygiął się mocno w przód, po czym wylądował policzkiem na twardej ziemi. Uśmiechnęłam się pod nosem i poklepałam go po ramieniu, po czym odwróciłam się w stronę drzewa, pod którym byliśmy rozłożeni i zamarłam. Miejsce było puste. Gdzie podział się ten kretyn?! Zaklęłam w myślach, że tak bardzo skupiłam swoją uwagę na starym znajomym. Ale skoro zdołał zwiać, nie wywołując przy tym najmniejszego dźwięku.... Drgnęłam, kiedy z krzaków dobiegło moich uszu, głośne warczenie.
- Proszę, proszę... - mruknęłam zadowolona, wyciągając z kieszeni małą pałeczkę, która prawie natychmiast przekształciła się w ogromną kosę. - Nasz pchlarz wrócił..
W tym samym momencie z krzaków wyłonił się wielki czarny wilk. Był naprawdę ogromny, jednak radziłam już sobie z większymi przeciwnikami. Sierściuch warknął głośno i skoczył w moim kierunku, jednak szybko oberwał w pysk tępym końcem kosy. Obróciłam ją kilka razy w dłoni i oparłam się na niej, uważnie przyglądając wilkowi. Faktycznie miał czerwone oczy, podobne kolorem do moich, chociaż żywsze. Tym razem to ja miałam zaatakować pierwsza, kiedy ten dupek stanął koło mnie i zaczął coś śpiewać. Najwyraźniej błędem było wbijanie mu tej strzały, chociaż liczyłam, że środek będzie działał wolniej. Popatrzyłam na bruneta i w tej samej chwili zostałam przygwożdżona do ziemi, przez wielkie włochate cielsko. Broń wypadła mi z ręki, więc musiałam sięgnąć po inną. Nie było to jednak takie proste, ponieważ ociekające śliną kły bestii miałam tuż przed nosem, natomiast jego pazury w ramionach. Dosłownie. Miałam nadzieję, że nie przerwie mi mięśni czy nerwów, bo wtedy będę miała przejebane. Na szczęście udało mi się sięgnąć jakiegoś ostrza, które natychmiast wbiłam w brzuch zwierzęcia. Jednak ostrze nieco zeszło z kursu i przebiłam tylko jego bok, z którego polała się czerwona krew. Kudłacz z głośnym ryknięciem odskoczył w tył, puszczając mnie. Natychmiast podniosłam się z ziemi i uśmiechnęłam pod nosem.
- Teraz pobawimy się na moich warunkach - powiedziałam, odwróciłam się na pięcie i pomknęłam przed siebie, sprawnie omijając przeszkody. Silny podmuch wiatru natychmiast ściągnął mi kaptur z głowy. Nie musiałam długo czekać na przeciwnika, który bez problemu mnie dogonił. Dzieliła nas linia drzew, wilk biegł praktycznie obok mnie. Postanowiłam to wykorzystać. Złapałam się najbliższej gałęzi, której byłam w stanie dosięgnąć i która była w takim położeniu, że mogłam natychmiast pojawić się po drugiej stronie drzewa. Otoczyłam drzewo w powietrzu, po czym z całej siły kopnęłam Shinigamiego w pysk. Uderzenie było tak mocne, że stworzenie zostało odrzucone w tył i zrobiło dwa fikołki. Jednak bardzo szybko stanął z powrotem na równych łapach i popatrzył na mnie wściekle. Uśmiechnęłam się i unikając kolejnego ataku ze strony bestii, pobiegłam przed siebie, starając się przebierać nogami szybciej, niż poprzednio. Nie było to takie łatwe, z uwagi na moje osłabienie, jednak dawała jakoś radę utrzymywać tempo. Czy tylko mi się wydawało, czy biegliśmy teraz w stronę wioski? Wcześniej na pewno biegłam w przeciwną, ale potem zmieniłam kierunek... Nagle przede mną, jakby znikąd, pojawił się wielki, zwalony pień. W ostatniej chwili się od niego odbiłam. Zdziwiona przeleciałam nad ogrodzeniem jakiegoś ogródka i wylądowałam na rękach, na kamiennej drodze wsi. Zrobiłam kilka fikołków i natychmiast odwróciłam się w tył. Czarna postać wilka stała na ugiętych łapach i warczała, wpatrując się we mnie wściekłym spojrzeniem. Również przyjęłam bojową postawę, jednak nie na długo. Naszą uwagę odwróciły głośne krzyki. Spojrzałam w prawo i zobaczyłam grupę niezadowolonych mężczyzn. Przewróciłam oczami i spojrzałam na wilka, a raczej na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał.
- Miałaś nie przychodzić do miasta! - zawołał jeden z mężczyzn. Warknęłam pod nosem i poruszyłam lekko ramionami. Bolało jak diabli. Narzuciłam kaptur na uszy.
- Nie martwcie się. Nie mam zamiaru tu więcej wracać - powiedziałam lodowato i ruszyłam w kierunku "obozowiska" w lesie. Zabieram kosę, jakieś jedzenie po drodze i wy bywam z tej dziury. Mam gdzieś tą wioche, tych prostaków, te wilka, a zwłaszcza tego nadętego, gnojka, którego znowu wcięło! Przysięgam, że jeśli tylko go zobaczę, marny jego los...

Kuro?

Od Kuro

Głowa dziewczyny oparła się o pień drzewa, odsłaniając nieco jedno z jej kocich uszu. Ogon nadal delikatnie podrygiwał, dając dokładnie znać, że ta jest w pełni świadoma tego co dzieje się wokół niej. Niech ją szlag i te jej ostrożność. W końcu musiałem zaatakować. Wkrótce zapadnie zmrok, a moje zniknięcie będzie jeszcze bardziej podejrzane. Starając się podnieść jak najciszej z ziemi, ruszyłem z wolna w głąb dziczy, by zmienić się w zmorę okolicznych wiosek.
Albo idzie za mną, albo jej smród jest wyjątkowo silny. Węch cały czas wskazywał na to, że ta jest w pobliżu. W końcu zapach osłabł na tyle mocno, bym miał pewność, że mogę przybrać wilczą postać.
-Zobaczymy, czy jesteś wystarczająco dobra, Soshitsu, by mnie pokonać- zaśmiałem się w myślach, czując już smak jej krwi w gardle.
Ku mojemu zdumieniu obozowisko było puste. Przywarłem nos do ziemi, by wyśledzić lokalizację łowczyni. Dziwne, powinna być gdzieś tutaj.
Wrzask mężczyzny wyrwał mnie ze skupienia. Cholerny pijak! Przez jego debilizm straciłem przewagę.  Zwinnym susem niknąłem w ciemnościach, chcąc jak najprędzej ponownie pojawić się na miejscu jako życzliwy do porzygu Kuro o urokliwych szarych oczkach, za którymi większość panien podąża niczym stado owiec.
Zdyszany, dostrzegłem walkę prostaków z łowczynią, która mimo złego stanu, unikała schwytania. Nikt nie będzie wykradał mi pożywienia.
-Czy was wszystkich już do końca pogięło? Zostawcie ją!- krzyknąłem, szarpiąc jednego z mężczyzn.
-Nie wtrącaj się Kuro! Ta panna to same kłopoty- odparł, próbując wyrwać dłoń z uścisku.
-Kłopoty to ty będziesz miał, jak jej nie puścicie- krzyknąłem zniecierpliwiony.
Wszyscy zerknęli na mnie jak na szaleńca, tylko nie dziewczyna, której spojrzenie wyrażało zniesmaczenie moją osobą. Idiotka...
-Soshitsu to ostatnia osoba, która może uratować wam skórę przed Shinigamim. Zdziała więcej w pojedynkę, niż wasza grupa!
-Nie narażę rodziny na przebywanie w jej obecności. Tego kundla ubijemy bez jej pomocy- syknął postawny kowal, z którym w jednej chwili zgodziła się reszta mężczyzn.
-Chcecie jej śmierci? To proszę bardzo, ale znam lepsze rozwiązanie. Jeśli zabijecie ją teraz, liczba ofiar nadal będzie rosła. Jeśli natomiast wyślecie ją do walki z nim, zginie on, albo ona. Niezależnie od wyniku, wygrany odniesie spore rany, a wtedy łatwiej będzie zlikwidować oba cele- zacząłem, nie mogąc pogodzić się z tym, że zaszczyt zabicia ostatniego profesjonalnego łowcy nie przypadnie mi.
Ciche szepty, konsternacja, a chwilę później białowłosa stała obok mnie z nienawiścią w oczach.
-Obyś się nie mylił. Lepiej jej pilnuj i niech nie zbliża się do wioski, inaczej sam za to odpowiesz- kowal skazał mięsistym palcem na naszą dwójkę, po czym zniknął wraz z resztą mężczyzn.
-Po cholerę się wtrącałeś idioto. Dałabym sobie rady bez Twojej pomocy- warknęła niezadowolona.
-Zabiłabyś ich i co by Ci to dało? Przyszłoby ich więcej. Nie wystarczy Ci, że już ściga Cię pół kraju, a druga połowa czeka, aż się zjawisz?
-Kolejna grupa wieśniaków... żadna strata- wzruszyła ramionami.
-Zgodzę się, ale chcę się czegoś nauczyć, zanim wyślą Cię do piachu- uśmiechnąłem się serdecznie.
-Właśnie!- obróciła się na pięcie, chwytając mnie za skrawek koszuli, by chwilę później przyłożyć mi nóż do gardła.- Gadaj, gdzie byłeś!
-Znalezienie czegoś do jedzenia może nie jest moim obowiązkiem, ale liczyłem, że drobny posiłek przywróci Ci siły.
-Nie kłam, gdzie masz jedzenie?- zacisk na materiale stał się silniejszy.
-Widziałem go. Musiałem sprawdzić czy jeszcze żyjesz, a balast jedynie spowalnia. Jeśli chciałbym, żebyś zginęła, stałbym oparty o tamto drzewo i patrzył, jak tamci z wolna Cię wykańczają.
Czerwone oczy szybko przebiegły po mojej sylwetce, po czym ich właścicielka odepchnęła mnie szybko, chowając ostrze.
-Powiedzmy, że Ci wierzę- wymamrotała, powracając na poprzednie miejsce.
-Nie ma za co- posłałem jej uśmiech, kierując kroki w okolice sąsiadującego pnia.
-Wal się- mruknęła, naciągając kaptur prawie na sam nos.
Tym razem uszła z życiem... zadufana w sobie kretynka. Następnym razem nie będzie miała tyle szczęścia.


<Hokori?>

niedziela, 20 marca 2016

Od Soshitsu (Hokori)

     Ponuro obserwowałam chłopaka opuszczającego pokój. Jebany gnojek grzebał mi w rzeczach. To nie wróżyło nic dobrego. Podniosłam się z łóżka i zbliżyłam się do swoich rzeczy, starannie poukładanych w rządku. Zerknęłam na swoje nogi i ręce. Miałam jeszcze więcej bandaży niż zazwyczaj. Niedobrze. Dodatkowo obecność tego skończonego kretyna, nie była mi zbytnio na rękę, jednak tylko on był na tyle głupi, by się do mnie zbliżyć. Mimo tego jego obecność mogła przynieść niejakie korzyści. A przynajmniej na to liczyłam, zabierając go ze sobą. Warknęłam pod nosem coś niezrozumiałego i ubrałam szybko bluzę, chowając starannie każdą broń na jej stałe miejsce. Przeczesałam szybko włosy palcami, naciągnęłam kaptur na głowę i wyszłam przed chatę, rozglądając się za białowłosym. Ku mojemu zdziwieniu czekał już na mnie z torbą przerzuconą przez plecy i z szerokim uśmiechem na ustach. Popatrzyłam na niego ponuro i przewróciłam oczami.
- Przestań się uśmiechać albo sama zedrę ci ten uśmieszek z gęby - powiedziałam chłodno, mijając chłopaka. Odpowiedzi nie dostałam, może i lepiej, bo gnojek coraz bardziej działał mi na nerwy. Zaczęłam się poważnie zastanawiać, po co ja go w ogóle ze sobą wlokę. Jest jak kamień u nogi motyla.
- Dobre wejście do lasu jest tuż przy wjeździe do wioski - powiedział, wskazując kierunek palcem.
- Cudownie... - mruknęłam ponuro i przystanęłam, by poprawić sobie bandaże na udzie. Wiocha jak wiocha, ale myślałam, że pseudolekarza to będą mieli, przynajmniej na tym minimalnym poziomie. A tu chuj nie umie nawet porządnie bandaża zawiązać.
- Shi... Kasha... Shinigami! Sałata! Sosik! Soishutsi! - wydzierał się ktoś, stojąc na przeciwko nas. Powoli podniosłam wzrok na ową postać, która zataczała się z lekka, jednak mówiła bardzo wyraźnie, wskazując na nas palcem. - Soishitsu!
- Ta, i co jeszcze, stary pijaku? - syknęłam, podchodząc do niego. Po chwili mężczyzna runął na ziemię jak długi, po mocnym uderzeniu. - Jebane pijaki, zawsze coś wymyślą - mruknęłam na tyle głośno, by każdy obserwujący to usłyszał. Naprawdę nie miałam ochoty uciekać, przed wściekłym tłumem debili z pochodniami. Prędzej podpaliliby siebie samych niż dogonili kogoś takiego jak ja. Zastrzygłam niezauważalnie uszami, łapiąc fragmenty rozmów o pijakach. Czyli udało mi się zmienić ich temat rozmowy, dobre tyle. Nagle coś sobie przypomniałam. Że nie wpadłam na to wcześniej! Odwróciłam się do białowłosego chłopaka i wbiłam w niego mordercze spojrzenie.
- Co z pseudolekarzem, który mnie opatrywał? - zasyczałam, przez zaciśnięte zęby.
- Jak to co? Wrócił do domu... - odparł zakłopotany chłopak. - A to źle?
Warknęłam głośno i uderzyłam chłopaka z całej siły w brzuch, niestety unik mu nie wyszedł, chociaż było bardzo blisko chybienia. Ten natychmiast się zgiął, a ja złapałam go za kołnierz i przyciągnęłam bliżej siebie.
- Ale z ciebie pustak! - syknęłam, wpatrując się wściekle w szare oczy - Nie mam zamiaru mieć na karku kolejnego miasta, a przez twoją głupotę będę miała, ty jebany... Aghr! - warknęłam jeszcze głośniej. Szkoda było na niego słów. Bez słowa ruszyłam w dalszą drogę, ku wejściu do lasu. Po drodze planowałam, co zrobić z tą kulą u nogi. Dobrym wyjściem byłoby poderżnięcie mu gardła, kiedy zaśnie. Chociaż marne szanse na to. Trzeba będzie jakoś znieść jedną noc jego towarzystwa. Z samego rana zbieram się i zwiewam od tego prostaka. Od nich wszystkich.
     Rozłożyliśmy się pod jednym z większych drzew, w głębi lasu. Kiedy chłopak chciał rozpalić ognisko, strzeliłam go w tył głowy. 
- Naprawdę jesteś taki głupi czy tylko udajesz? - syknęłam. - Żadnego ognia. Nie chcemy odstraszyć naszego pchlarza. - rozejrzała się po okolicy. W lesie było dużo ciemniej niż poza nim, ale widziałam stosunkowo dobrze, dzięki kociej części. Zamachałam ogonem, oparłam się o pień drzewa i zaczęłam odwiązywać bandaże, które założył mi dziś pseudolekarz z zapuszczonej wiochy. 
- Co robisz? - spytał zdziwiony chłopak. Zerknęłam na niego ponuro. 
- Nie powinno cię to obchodzić, prosty człowieczku. - odparłam chłodno. Coś nie pasowało mi w jego osobie. Nie bardzo wiedziałam co, ale różnił się czymś od innych prostych ludzi w wiosce. Był inny niż oni, mimo, że starał się do nich wpasować. Ponownie zawiązałam świeże bandaże na ranach i zajęłam się tym wiecznym bandażem na lewym nadgarstku. Wyciągnęłam z kieszeni krótki nóż i przytknęłam do wewnętrznej strony nadgarstka. 
- Co robisz?! - zawołał szarooki, odsuwając się ode mnie. Uśmiechnęłam się pod nosem, kiedy do moich nozdrzy dotarł słodki zapach krwi. 
- Naszego sierściucha zwabi krew, przecież to wiesz - podwinęłam nogi i stanęłam na kolanach, pochylając się w stronę białowłosego. Przytknęłam mu rozciętą rękę, z której ściekała czerwona ciecz, tuż pod nos. - No nie mów, że nie lubisz tego zapachu - powiedziałam kusząco i zbliżyłam rękę jeszcze bardziej do ust chłopaka, aż nie osadziło się na nich kilka kropel krwi. Wtedy zabrałam rękę i sama zlizałam niewielką ilość cieczy, uważnie obserwując swojego towarzysza. Posłałam mu ponure spojrzenie, kiedy nie udało mi się odczytać niczego z jego twarzy. 
- Nudny jesteś. Radziłabym się położyć. Czekanie jest nudne, a czasem trwa wieczność - zerknęłam na niego kątem oka, odwracając się plecami i ściągając z siebie grubą bluzę. Złożyłam ją w kostkę i podłożyłam ją sobie pod głowę. Położyłam się na boku, plecami do chłopaka, który nawet nie śmiał się poruszyć. 
- Posiedzę jeszcze - po samym jego głosie, poznałam, że się uśmiecha. Przewróciłam oczami i zamknęłam oczy, pogrążając się w półśnie. Słyszałam, każdy najmniejszy szelest, jednak na większość z nich nie reagowałam. Otworzyłam oczy, dopiero kiedy usłyszałam, że chłopak się podnosi. Mimo to nie poruszyłam się. Gdzie się wybierasz, gnojku? Kiedy oddalił się na bezpieczną odległość, podniosłam się i przemieniłam w granatowego kota. Z małymi trudnościami, spowodowanymi zmęczeniem, wdrapałam się na drzewo i ruszyłam w ślad za białowłosym. Przeskakiwałam z jednej gałęzi na drugą, w zupełnej ciszy. Jednak bardzo szybko przekonałam się, że straciłam go z oczu i uszu, a nie było sensu szukać go po całym lesie. Marne szanse by przyniosło to jakikolwiek skutek. Wróciłam na miejsce tą samą drogą, nie wydając najmniejszego dźwięku. Kiedy znalazłam się na drzewie, pod którym się rozłożyliśmy, usłyszałam cichy szelest. Ktoś się zbliżał. Najeżyłam sierść na grzbiecie, w momencie gdy z krzaków wyłoniła się czarna sylwetka wielkiego wilka. Już miałam przybrać ludzką postać i zeskoczyć z gałęzi, by zaatakować stworzenie, kiedy tuż pode mną rozległ się przeraźliwy wrzask. 
- Wilk! Wilkołak! Shinigami! Wielki! Czarny! Ratunkuuuuuuu! - wrzeszczał, plącząc sobie język na każdym ze słów. Warknęłam pod nosem i zeskoczyłam na ziemię w ludzkiej postaci, wyciągając zza pleców wielką kosę. Niestety wrzask pijanego musiał odstraszyć wilkołaka, ponieważ ten, w okamgnieniu zniknął między gałęziami niskich krzaków. Wściekła odwróciłam się w stronę mężczyzny i zaserwowałam mu pięknego lewego sierpowego. Facet zrobił kilka chwiejnych kroków w tył, po czym runął na ziemię, mamrocząc coś pod nosem. 
- Ty zgniła szujo, przez ciebie straciłam okazję.... - syczałam wściekle, zbliżając się do półświadomego pijaka, ciągnąc za sobą kosę. Kiedy już miałam się zamachnąć, moją sylwetkę oświetliły nikłe światła. 
- Nie waż się tego robić! - zawołał, donośny męski głos. Spojrzałam w stronę świateł i moim oczom ukazało się kilkunastu mężczyzn z wioski. Musiały zwabić ich krzyki pijaka. Zmrużyłam niebezpiecznie oczy. Ty mały, kłamliwy gnojku, jeśli tylko cię znajdę, nie przeżyjesz trzech minut! Skoczyłam w ich stronę, lądując na rękach i kopiąc wszystkich nogami. Nie miałam zamiaru poddawać się osądowi ludności. 

Kuro?

Od Kuro

-Słuchasz mnie w ogóle?-badawczy wzrok szatynki spoczął na mej twarzy.
- Oczywiście Yumi. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby chociaż jedno słowo z Twych ust umknęło mojej uwadze- dodałem, posyłając jej serdeczny uśmiech, którym zawsze mogłem ją opleść sobie wokół palca. Z resztą nie tylko ją. Pozostałą część tych prostaków również mogłem kupić byle głupim tekstem.
-Więc mam nadzieję, że nas nie wystawisz jak ostatnio- wtrąciła piegowata blondynka o roześmianych oczach.
-Musicie mnie zrozumieć. Każdej nocy Shinigami może zaatakować, więc może chociaż raz uda nam się odnaleźć rannego na czas i mu pomóc. Poza tym Hideake ma ostatnimi czasu dużo pracy, a ja zobligowany jestem do pomocy- dodałem, starając się wyjść na jak najbardziej zdołowanego.
-Cały Kuro- tym razem wypowiedział się chłopak, przewracając przy tym oczami.- No nic, to my idziemy się przygotować, żeby zdążyć przed zachodem Słońca.
On jak i pozostałe trzy osoby pomachały na odchodne, uśmiechając się życzliwie w moją stronę.
-Gdzie Ci debile idą?- syknąłem do siebie, myśląc jak nisko musiałem upaść, by zadawać się z takimi nieudacznikami jak oni. Przynajmniej byłem wolny od nich na resztę dnia. Dzisiejszej nocy miałem w planie łowy, więc czym prędzej wybrałem się na przechadzkę po wiosce, by dokładnie wybrać potencjalną ofiarę, która planuje wypad poza bezpieczne ściany domostwa.
Słońce wkrótce miało dotknąć horyzontu, toteż nie miałem zbyt wiele czasu. Ale zaraz, czy to nie zapach słodkiej, ciepłej krwi? Pociągnąłem kilka razy nosem, by namierzyć dokładniejszą lokalizację zapachu. Ciekawość prowadziła do centrum, gdzie namierzyłem drobną postać, przecinającą chwiejnym krokiem kolejne metry ścieżki. Stanąłem na jej drodze w najodpowiedniejszym momencie, gdy jej kolana zetknęły się z podłożem. Na to właśnie czekałem!
- Hej, wszystko w porządku? - zacząłem, udając zatroskanego
Zaskoczyła mnie jej bojowa postawa. Sądziłem, że ta od razu poprosi o pomoc lub będzie się wykręcać, by nie robić mi kłopotu. Świetnie, w końcu coś nowego.
- Powinien cie ktoś opatrzyć! -dodałem szybko, nie pozwalając jej odejść.
- Powinnam to ja ci poderżnąć gardło za to, że w ogóle śmiesz się do mnie odzywać- mruknęła rozzłoszczona dziewczyna.
Nadal nie dawałem za wygraną, ciesząc się z tak wyszczekanej ofiary. Już zacząłem się zastanawiać jak długo zajmie mi złamanie jej pewności siebie i ukazanie słabości.
- Potrzebne są mi tylko bandaże- zerknęła na mnie, z wolna zataczając się uwodzicielsko w moją stronę.
Jej szkarłatne tęczówki wbiły się w mą twarz, próbując zmusić do współpracy. Coś mi tu nie grało. Była zbyt pewna siebie jak na tak poważny stan w jakim była. Musiała być chora umysłowo, albo... kryła coś co mogłaby wykorzystać na przeciętnych śmiertelnikach. Miałem dziwne przeczucie co do niej i jeszcze ten zapach.
-Więc jak będzie, nieznajomy?- ponowiła pytanie, nadal mnie kokietując.
-Załatwię, przy okazji Cię obejrzymy, tędy- machnąłem ręką, obracając się na pięcie.
-Ty jesteś głupi? Chcę tylko bandaże, a nie pomocy jakiś wieśniaków, którzy nie wiedzą nawet jak wygląda książka- warknęła.
Choć sytuacja już zaczęła mnie irytować, nadal zachowywałem drętwy uśmiech na twarzy.
-Nie szczekaj tyle, marudo. Pośpiesz się- chwyciłem skrawek jej bluzy na rękawie i przyciągnąłem nieco do siebie. Wiedząc o jej bojowym nastawieniu, przewidziałem atak ze strony dziewczyny, która gotowa była już złamać mi rękę, więc w ostatniej chwili się wycofałem, odskakując zwinnie w bok.
-Nie tak szybko maleńka. Jesteś za słaba, by ruszyć do lasu, a tym bardziej uciec przed Shinigamim- zaśmiałem się, czekając na zainteresowanie z jej strony.
Nie musiałem długo czekać na jej reakcję, a raczej się jej nie doczekałem, bo ta ponownie upadła na kolana, tym razem nie mając siły by chociaż podnieść wzrok. Zaśmiałem się w duszy, ciesząc z triumfu. Krucha istotka wylądowała na moim ramieniu i ruszyliśmy żwawo do prowizorycznego szpitala, nie przejmując jej groźbami i ciosami w plecy.
-Nie wierć się skrzacie, bo zaraz oboje zaliczymy bliskie spotkanie z brukiem.
Jej bluza leżała, starannie złożona na krześle, podobnie jak reszta arsenału, który pod nim kryła. Doskonale wiedziałem z kim mam już do czynienia. Nie raz widziałem podobne noże, czy zabawki, które w sprawnych dłoniach zamieniały się w narzędzie śmierci. Musiała być jednym z łowców, polujących na moją głowę. Przeklinałem się za to, że nie wykończyłem jej na miejscu. Co prawda każdy łowca z jakim miałem do czynienia, padał kilka godzin po naszym spotkaniu, ale ona... Teraz doskonale wiedziałem z kim mam do czynienia. Po raz kolejny zganiłem się za głupotę jakiej się dopuściłem.
-Możesz przestać grzebać mi po rzeczach?- do uszu dotarł słaby głos, nadal przesycony jadem.
-Wybacz, byłem ciekaw, co to. Zainteresowało mnie... to coś- wskazałem na losowy przedmiot, mając nadzieję, że poznam tajniki jej sukcesu.
-Takimi rzeczami nie powinni bawić się tacy chłopcy jak ty- rzuciła złośliwie, uśmiechając się przy tym.
-To zrozumiałe. Nie mam prawa równać się z Twoimi zdolnościami- usiadłem obok niej.
-Skąd możesz wiedzieć jak dobra jestem?
-O zdolnościach Soshitsu powinni pisać pieśni. Musiałbym być głupi, by nie znać najlepszej zabójczyni w całej Japonii- rzuciłem z entuzjazmem, chcąc uśpić jej czujność.
-Coś za dużo wiesz, gnojku- podniosła się na łokciach, przyglądając badawczo opatrunkom.
-Szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że ten czarny kundel w końcu Cię tu ściągnie i pozwoli mi Cię poznać, by nieco się nauczyć. Mam dość tego miasteczka i połowy jego mieszkańców- zacząłem narzekać.
-Jaki kundel? Mówisz o tym wilkołaku, wprawiającego w obawy samego króla? Gadaj co wiesz!
-A więc sam król słyszał o nim- duma rozpierała mnie od środka- No cóż. Nie wiele o nim wiadomo, z uwagi na to, że nikt nie przeżył spotkania z nim. Wiemy tyle, że jest czarny, co ułatwia mu łowy nocami. Jest niezwykle agresywny, nie ma regularnych ataków. Zdarzają się raz w tygodniu, czasem raz na miesiąc. Mówi się, że jego rozmiary można porównać do wierzchowca samego władcy. Najczęściej atakuje w lesie, ale zdarza mu się zapuścić do miasta.
-A jego oczy? Ktoś widział oczy?
-Na co Ci kolor jego oczu?
-Wieśniacy lubią ubarwiać swoje opowieści. Równie dobrze może to być gadanina jakiegoś pijaka, który widział zwykłego wilka. Przeważnie oczy wilkołaka przybierają złotą barwę, podczas, gdy wilcze są...
-Beznamiętne, płowe? Nie... te są inne. Mówi się, że są czerwone. Tak jak Twoje.
-Czerwone? Ja pierdole! Spore szanse, że nie będzie to zwykłe zlecenie. Król chyba sporo ucierpi finansowo na tej transakcji- opadła na poduszkę.
-A co w tym takiego dziwnego? Czy pierwszy raz masz do czynienia z czymś takim?- udałem zdziwionego.
-Nie ma czasu, żeby Ci o tym teraz opowiadać. Kiedy był ostatnio widziany?
-Wydaje mi się, że... chyba dwa tygodnie temu? Może dwa i pół
-Tej nocy pewnie zaatakuje. Zbieraj się, prostaku. Potrzebuje kogoś, kto mnie tam zaprowadzi.
-Czemu akurat ja?
-Bo chociaż rzygam tym Twoim uśmiechem i wydajesz się na tyle głupi, że nie boisz się mnie, to wiesz kim jestem, a także wydajesz się najbardziej kompetentnym idiotą w tej okolicy. Więc jeśli chcesz się czegoś nauczyć, to zbierz się w kwadrans, zanim się rozmyślę.
Nie tracąc czasu, wybiegłem z chaty, by spakować rzeczy, które przeważnie potrzebne są ludziom na noce w lesie. Wyczerpana łowczyni zaśnie szybko.
-To będą proste łowy- rzuciłem do siebie, szczerząc radośnie białe kły.


<Hokori?>

Od Soshitsu (Hokori)

     Odskoczyłam w tył, ostro hamując palcami stóp. Dziewczyna stała niewzruszona cały czas w tym samym miejscu. Jej złote oczy obserwowały mnie uważnie, rejestrując każdy, nawet ten najmniejszy, ruch. Z rany na mojej szyli powoli sączyła się ciemnoczerwona ciesz, rozprzestrzeniając swój zapach z najbliższej okolicy. Zmrużyłam powieki, a czerwone oczy zabłyszczały mi niebezpiecznie. Jednym szybkim ruchem wyciągnęłam zza pleców, mały prostokąt, który w oka mgnieniu przekształcił się w wielki łuk. Naciągnęłam cięciwę, z błyszczącą na biało strzałą i wycelowałam prosto w czarnowłosą dziewczynę, która w dalszym ciągu stała nieruchomo.
- Uśmiech, wilczku - syknęłam i wykonałam błyskawiczny ruch, jak gdybym chciała już puścić strzałę, jednak w ostatniej chwili przytrzymałam ją na cięciwie. Czarnowłosa runęła na kolana, spodziewając się świszczącej strzały nad głową. Zaśmiałam się krótko i puściłam błyszczący przedmiot, niosący zgubę, temu pchłonośnemu stworzeniu. Kiedy tylko grot strzały zetknął się z jego celem, las przeszył głośny, przerażający ryk, pełen bólu. Odwróciłam się na pięcie z delikatnym uśmiechem na twarzy, który bynajmniej nie był normalny. Łuk ponownie przybrał formę małego kwadracika, który schowałam do kieszeni bluzy. Naciągnęłam kaptur na sterczące uszy, ogon schowałam pod gruby materiał i ze spuszczoną głową oraz psychopatycznym uśmiechem, spokojnym krokiem ruszyłam przed siebie.
     Powolnym krokiem wkroczyłam do miasta, które późnym popołudniem nadal tętniło życiem. Pod stopami poczułam płaskie kamienie, którymi wyłożona była główna droga. Po obu jej stronach stały, niezbyt wysokie, budynki z kamienia, często dwupiętrowe. Te, należące do zamożniejszych ludzi, miały balkony, udekorowane sezonowymi kwiatami, inne miały je tylko w oknach. Na dolnych poziomach były przeważnie sklepy. Miasto jak każde inne, w którym siedziałam nie dłużej niż jeden dzień. Zastrzygłam uszami, nasłuchując jakichś szeptów, jednak mieszkańcy byli pogrążeni w swoich zajęciach tak bardzo, że nie zwracali uwagi na niską postać, w kapturze kroczącą środkiem drogi. Skierowałam swoje kroki w stronę, z której dobiegały najgłośniejsze śmiechy i krzyki. Tym miejscem, była oczywiście karczma, w której jedynym wyczuwalnym zapachem był ważony chmiel, czasem wymieszany jeszcze z wymiocinami słabych gości. Pchnęłam mocno drzwi do pomieszczenia, które otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Tak jak podejrzewałam, mój noc drażnił mocny zapach piwa i nieprzyjemny odór wymiocin. Spuściłam wzrok na podłogę tuż pod swoimi nogami, na której widniała różnokolorowa plama. Przewróciłam oczami z irytacją. Mogliby przynajmniej od czasu do czasu tutaj posprzątać. Zgrabnie obeszłam zawartość żołądka, któregoś z gości i podeszłam do baru, manewrując między podpitymi już mężczyznami. Usiadłam na wysokim stołku i rzuciłam barmanowi jedną błyszczącą monetę.
- Coś mocnego - powiedziałam chłodno i kątem oka zerknęłam na mężczyznę, siedzącego obok mnie. Jego rozbiegany wzrok plątał się po całej knajpie, aż w końcu zatrzymał się na mojej osobie. Spojrzenie zielonych oczu prześlizgnęło się po moich nogach, po czym wróciło w okolice mojej twarzy. Po krótkiej chwili poczułam jego oddech na policzku, capiący bardziej niż wymiociny na podłodze. Zmrużyłam oczy, jednak nie poruszyłam się ani na milimetr.
- Pikna, gdziś sie podzjeała całe moje szycie?! - zawołał na cały głos. Skuliłam ucho, które było bliżej tego rozdartego pyska. Na szczęście facet zza baru postawił przede mną sporą szklankę wypełnioną przezroczystą cieczą. Warknęłam pod nosem, po czym wypiłam całą zawartość kubka na jeden raz. W momencie kiedy odstawiałam szkło na ladę, z hukiem otworzyły się drzwi. W całej karczmie natychmiast zapadła cisza, którą po dłuższej chwili przerwał donośny głos, żądający natychmiastowej odpowiedzi.
- Wiemy, że do miasta przybyła Soshitsu! Burmistrz chce się z nią widzieć! Jeśli ktokolwiek ją widział, nich przyprowadzi ją do... - reszta polecenia nie była mi potrzebna, zresztą rozproszyła mnie ręka pijaka, która wylądowała na moim udzie. Szybkie uderzenie łokciem, facet ze złamanym nosem runął na ziemię, ja natomiast zsunęłam się z krzesła i ukradkiem przemknęłam się w stronę drzwi, po drodze ściągając z siebie ciężką bluzę, zostałam w krótkich spodenkach i bandażu owiniętym na żebrach. Stanęłam tuż za dwiema wielkimi postaciami, najprawdopodobniej byli to strażnicy, których wysłano po moją osobę. Zabawne. Dwóch wielkich gości versus mała, drobna dziewczyna. Zaiste zabawne.
- Szukacie kogoś? - spytałam głośno, nie podnosząc na nich spojrzenia. Oboje w jednej chwili odwrócili się i popatrzyli na mnie zdziwieni.
- Tak. Pójdziesz z nami - powiedział jeden z nich i złapał mnie wielką łapą za przedramię. Syknęłam, kiedy przez całe moje ciało przeszedł silny ból, wywołany mocnym uściskiem na ranach.
- Puszczaj mnie, ty bezmózgie stworzenie! - wysyczałam przez zęby i szarpnęłam się mocno, ciągnąc strażnika za sobą. Jednocześnie wystawiłam jedną nogę w przód, podcinając wielkoludowi nogi. Skutek? Mężczyzna runął na ziemię jak długi, przy okazji puszczając moje ramię. - Nie masz prawa mnie dotykać śmieciu. - warknęłam i odwróciłam się na pięcie, wychodząc z karczmy.
- Poczekaj! Nie możesz tak sobie po prostu odejść! - zaryczał drugi strażnik, biegnąc za mną. Zaśmiałam się pod nosem, nie zwalniając kroku. - Burmistrz ma ci przekazać polecenia od króla!
Ostatnie słowo sprawiło, że momentalnie się zatrzymałam. Króla? Od samego króla? Zaciekawiona zerknęłam kątem oka na strażnika. Ciekawe co takiego się dzieje, że sam król prosi o pomoc zabójczynię, poszukiwaną dwudziestoma listami gończymi. Zastanowiłam się chwilę nad ową sytuacją. Być może z takiej współpracy będę miała korzyści, o które warto się pofatygować? Tak czy siak, chyba warto było chociaż wysłuchać, czego żąda król.
- Zgoda - mruknęłam ponuro i zawróciłam w stronę domu burmistrza.
Kilkanaście minut potem siedziałam na skrawku biurka przysadzistego mężczyzny, z siwiejącą czupryną. Jego niebieskie oczy uważnie sprawdzały każdy centymetr mojego odsłoniętego ciała. Oparłam się jedną ręką o drewniany blat i popatrzyłam zalotnie na mężczyznę.
- Więc? Czego król oczekuje od mojej osoby?
- No... - burmistrz był wyraźnie zakłopotany moim ubiorem i zachowaniem, które otwarcie mówiło o tym, że chce go najzwyczajniej w świecie uwieść. - Doszły do niego wieści, o tym, że zabijasz wilkołaki. Więc chciał cię prosić, byś zabiła jednego na jego osobiste polecenie. Ów wilkołak terroryzuje miasta, w najróżniejszych częściach państwa. Jednakże nie znamy jego wilczej postaci, wiemy tylko, że zmienia się w czarnego wilka - mówił coraz szybciej, kiedy ja z każdym słowem przysuwałam się bliżej niego. Kiedy skończył siedziałam tuż przed nim, w niedużym rozkroku, wygięta nieznacznie w tył, obserwowałam go spod przymrużonych oczu.
- A co będę za to miała? - spytałam, uśmiechając się delikatnie.
- Tego król nie powiedział, ale zapewne dostaniesz co tylko będziesz chcia... - urwał, gdy cały mój ciężar spoczął na jego udach. Natychmiast się wyprostował i nerwowo przełknął ślinę, starając się kontrolować swoje myśli i ruchy. Jakież to było.... Żałosne.
- Słodkich snów - uśmiechnęłam się szeroko i uderzyłam burmistrza w głowę pierwszą rzeczą, jaką miałam pod ręką. Kiedy siwiejący jegomość stracił przytomność, podniosłam się z jego nóg i podeszłam do okna, zabierając po drodze bluzę, którą natychmiast na siebie nałożyłam. Ciekawa propozycja, jednak muszę mocno zastanowić się nad przyjęciem jej. Mogłam skorzystać, chociaż równie dobrze król mógł potem wtrącić mnie do lochów, których do tej pory udawało mi się jakoś unikać. 
     Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy wkraczałam do następnej wsi. Uliczki były już praktycznie puste, dlatego ludzie, którzy na nich pozostali, przyglądali mi sie uważnie. Czułam, że się mnie boją, podobało mi się to. Lubiłam to uczucie. Jednocześnie czasem sprawiało mi ono problemy. Tak jak teraz. Zacisnęłam mocniej rękę na krwawiącym boku. Brakowało mi już bandaży do opatrzenia nowych ran. A po ostatniej walce było ich dużo. Za dużo. Kulejąc na prawą nogę, szłam dalej, nie zważając na irytujące szepty, prostej ludności, która nie umiała nawet porządnie posługiwać się nożem. Splunęłam w bok. Tą krew miałam już wszędzie, nawet w ustach. Jebane skurwysyny. Gdyby nie to, że atakują w grupach liczących kilkanaście osobników, nie miałabym tylu ran. Cholerne Skinomory.* Wściekła zacisnęłam dłonie w pięści, jednocześnie tracąc siły by utrzymać się na nogach. Uderzyłam mocno kolanami w kamienną drogę, a kaptur zsunął mi się na oczy, tab bardzo, że nie widziałam już praktycznie nic. 
- Hej, wszystko w porządku? - usłyszałam czyjś uprzejmy głos. Mimo, że nie widziałam osobnika i dziwiło mnie, że w ogóle się do mnie odezwał, to jego pytanie nadal było jednym z najgłupszych pytań, jakie słyszałam. 
- Tak, czuje się zajebiście - warknęłam wściekła. - To, że jestem cała we krwi to tylko taka zabawa z dziećmi z sąsiedniego miasta - syknęłam - Niestety, żadne z nich tego nie przeżyło! - powoli dźwignęłam się na nogi i ruszyłam przed siebie kulejąc jeszcze bardziej. W myślach wyklinałam ów człowieka, który śmiał się do mnie odezwać. 
- Powinien cie ktoś opatrzyć! - zawołał za mną. Zatrzymałam się i odwróciłam bardzo powoli do osoby mówiącej. 
- Powinnam to ja ci poderżnąć gardło za to, że w ogóle śmiesz się do mnie odzywać - warknęłam chłodno. Wolną ręką uniosłam nieco kaptur by móc zobaczyć, oblicze tego kto chciał mi "pomóc". Szare oczy, osadzone na wysokiej postaci, obserwowały mnie z rozbawieniem, natomiast poniżej nich rysował się uśmiech. 
- Naprawdę powinien cie ktoś zbadać - powiedział poważnie, jednak uśmiech nie znikał z jego ust. Zmrużyłam oczy i w ostatniej chwili powstrzymałam się, przed zrzuceniem z głowy kaptura. Ludzie nie wiedzieli jeszcze, kim jestem i wolałam, by tak pozostało. Westchnęłam teatralnie i odwróciłam się, zataczając biodrami kółko. 
- Potrzebne są mi tylko bandaże - odparłam lekko i zakołysałam biodrami jeszcze raz, zerkając na białowłosego chłopaka. 

Kuro?


* - Skinomory są to małe stworzenia, podobne trochę do velociraptorów, jednak z czterema parami łap, uzbrojonych w ostre szpony. Szybkie, małe, niebezpieczne. Mieszkają w tunelach ciągnących się, praktycznie pod całym państwem. 

sobota, 19 marca 2016



Czas akcji: bliżej nieokreślone, okolice średniowiecza
Miejsce akcji: Japonia
Pierwsze opowiadanie zostało chwilowo wstrzymane z powodu braku pomysłu. Tym razem zagościła idea typu fantasy. Więc tego... na chwilę obecną należy pożegnać się z uroczą Neko i gburowatym Nezem, by przywitać białowłose ścierwa :3.