niedziela, 27 marca 2016

Od Kuro

Rozejrzałem się po niewielkim, skromnie urządzonym pokoju. Proste łóżko, mała szafka i okno z potężnym parapetem, jeśli można byłoby go nazwać parapetem. Było to nic innego jak wgłębienie w ścianie z mleczną szybą.
Kiedy zakończyłem oględziny pokoju, Hokori ulokowała się na łóżku, oglądając nowo nabyte rany.
-Pomogę Ci- postąpiłem kilka kroków, jednak szybko zostałem upomniany.
-Nie zbliżał się szczeniaku. Dam sobie radę bez Twojej pomocy.
Usiadłem, więc pod ścianą i przyglądałem się nieudolnym poczynaniom łowczyni, a uśmiech na mojej twarzy z każdą próbą robił się coraz szerszy.
-Daj to, marudo- zbliżyłem się o wiele pewnie, wyciągając dłoń.
-Powiedziałam, że sobie poradzę, jeśli nie rozumiesz raz, to wbiję Ci to, do tego pustego łba- wycedziła przez zęby, irytując się każdą kolejną sekundą.
-Przestań być taka uparta i daj sobie pomóc- przewróciłem oczami i chwyciłem skrawek bandaża, wysuwający się spod jej palców.
Widząc to, chwyciła mnie za rękę i starała przyciągnąć, by po raz kolejny ofiarować mi kopniaka w brzuch. Miałem już dość tej jej zaborczości, a także zgrywania sieroty. Zniecierpliwiony wyrwałem się z uścisku, podnosząc ją jedną ręką, by chwilę później przygwoździć do łóżka, przytrzymując delikatnie gardło przeciwniczki.
-Gdybym chciał Cię zabić, uwierz mi, zrobiłbym to dawno, zamiast użerać się z taką nieznośną istotą jak ty. To tylko bandaże, jeśli tak Ci zależy, możesz powiedzieć, że opatrzyłaś się sama. Doskonale wiesz, że nie poradzisz sobie sama, dlatego zamknij się w końcu i daj mi te pierdolone bandaże, zanim sam Ci wyrwę- mówiłem półszeptem, zachowując spokojny, aczkolwiek stanowczy ton.
Czerwone oczy patrzyły na mnie ze zdumieniem, jednak nadal starały się zachować surowość. Chyba jednak przejrzała na oczy i zdała sobie sprawę, że sama tego nie zrobi, toteż bez słowa wcisnęła mi opatrunek. Ostrożnie rozluźniłem uścisk na jej dłoni, pozwalając by usadowiła się wygodnie na krawędzi łóżka, a sam przyklęknąłem na ziemi, oglądając własne dzieło.
-Nie wygląda to najlepiej, na wszelki wypadek przemyje wodą.
-Miałeś mnie opatrzyć, a nie robić ze mnie idiotkę- fuknęła.- Bandażuj i przestań pierdolić.
-Chociaż nie przeszkadza mi brak bluzy, to jednak wolałbym to zrobić raz, a porządnie.
Nie czekając na zgodę, namoczyłem szmatę w wiadrze w wodą, po czym przyłożyłem do bladej skóry na ramieniu, na co ta lekko się wzdrygnęła.
-Po tym co przeszłaś, nie mów mi, że szczypie Cię kontakt z wodą- słaby uśmiech wkradł się na twarz, za co zostałem spiorunowany wzrokiem.
Nim przyłożyłem bandaże do skóry, łowczyni miała ciągłe uwagi co do mojego sposobu opatrywania.
"Trochę wyżej", "Zaciśnij mocniej", "Kurwa, no już ślepy zrobiłby to lepiej".
-Przymknij się w końcu, marudo- posłałem jej życzliwy uśmiech.
Czy to niezbyt grzeczna uwaga, czy urok? Coś spowodowało, że do końca zabiegu nie pisnęła słówka.
-Aż tak źle było?- dodałem, podziwiając swoją pracę.
-Do ideału Ci daleko, ale tymczasowo wystarczy- jej krytyczne oko, próbowało doszukać się najmniejszego błędu.
-Faktycznie, mogłoby wyglądać to nieco lepiej, ale sama nie osiągnęłabyś tak dobrego efektu.
-Widzę, że stałeś się nieco bardziej wyszczekany.
-Te paręnaście godzin z Tobą dało mi do myślenia. Co z Tą bluzą?
-Jest brudna. Może Tobie nie przeszkadza noszenie takich ciuchów, ale ja wolę odświeżyć ubranie jeśli mam taką możliwość. A i żeby nie było nieporozumień, śpisz na podłodze.
-Nie wykorzystasz okazji, by spędzić noc ze swoim mężem?- spojrzałem łobuzersko w stronę dziewczyny.
-Nie przeginaj, gnojku- warknęła ostrzegawczo- mimo wszystko... dzięki za pomoc.
Ostatnie słowa przeszły przez gardło z niesamowitym trudem. Była chyba tak samo zaskoczona jak ja, że coś takiego wyszło z jej ust.
-To... co teraz? Do zachodu jeszcze kawał czasu-zasiadłem na parapecie, przyglądając towarzyszce.




<Hokori?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz