Kiedy w końcu udało mi się skupić wzrok, na postaci siedzącej na oknie, moje spojrzenie natychmiast skamieniało. Ziewnęłam, przeciągając się, po czym runęłam w bok, z powrotem na poduszkę.
- Nigdy więcej nie piję... W życiu nie miałam takiego kaca... - mruknęłam, bardziej do siebie niż do chłopaka. Po dłuższej chwili ciszy, podniosłam się ponownie do siadu i rozejrzałam po pomieszczeniu, w poszukiwaniu ubrań. A przynajmniej bielizny. Znalazłam ją dość szybko, tylko... dlaczego pod łóżkiem? Starałam sobie przypomnieć, jak ona się tam znalazła. Najwyraźniej, kiedy Kuro prowadził mnie do łóżka, to przez przypadek kopnęłam je nogą..
- Pamiętasz coś z wczoraj? - usłyszałam głos chłopaka, w momencie kiedy schylałam się pod łóże. Zamachałam ogonem wysoko w powietrzu i mruknęłam w odpowiedzi.
- Mam mocną głowę, pamiętam wszystko.
- Czyżby? - spojrzałam na niego. Łobuzerski uśmiech malował się na jego ustach, ale oczy pozostawały chłodne. Posłałam mu lodowate spojrzenie, po czym szybko ubrałam swoją odzież, jedynie żebra pozostawiłam niezabandażowane. Opatrywanie ich byłoby bezsensu, zważając na to, co miałam zamiar robić. Narzuciłam na siebie pelerynę, zaciągnęłam kaptur na głowę i wyszłam na dziedziniec klasztoru, zabierając ukradkiem kilka swoich podręcznych broni. Bramy były jeszcze pozamykane, duchowni najpewniej jeszcze się modlili. Była wczesna godzina. Bardzo wczesna. Popatrzyłam w bezchmurne niebo nad klasztorem. Następnie mój wzrok skierował się na zachód, gdzie napotkał ciemne chmury, pędzące na wschód.
- Będzie padało - łagodny głos, rozległ się tuż koło mojego ucha. Zerknęłam szybko na duchownego i skinęłam głową.
- Uhum.... - mruknęłam. Właściwie tylko na taką odpowiedź było mnie stać. Kac dawał mi się we znaki niemiłosiernie, a ból głowy zaburzał prawidłowe widzenie i utrzymywanie równowagi.
- Mąż jeszcze śpi? - spytał, jednak nie zamierzał czekać na jakąkolwiek odpowiedź. - Chodź, zrobisz mu niespodziankę i przyniesiesz śniadanie do pokoju - jego dłoń spoczęła na moich plecach i duchowny zaczął delikatnie pchać mnie w kierunku budynku, w którym wczoraj lekko się spiłam. Delikatnie mówiąc. Co krok klęłam w myślach. Jeszcze nigdy mnie tak łeb nie bolał.
- Po zjedzonym śniadaniu przyjdź do mnie, dam ci coś na tego kaca - powiedział duchowny, starając się ukryć rozbawienie. Zmrużyłam oczy wściekła. Z wielką chęcią wpakowałabym mu teraz sztylet w gardło. Ale nie mogłam łamać swoich zasad. Przecież każdy porządny łowca, wojownik czy jeszcze ktoś inny, ma swoje zasady, których przestrzega. Dla mnie moje zasady, to było właściwie jedyne prawo, którego przestrzegałam.
Z tacą na rękach wróciłam do pomieszczenia, gdzie Kuro nadal siedział na parapecie. Oczywiście kiedy tylko zamknęłam drzwi, na zewnątrz zrobiło się już totalnie ciemno, a krople deszczu uderzały w szybę. Postawiłam jedzenie na stoliku i runęłam bezwładnie na łóżko, kuląc się najbardziej jak umiałam.
- Masz jedzenie - mruknęłam, ściągając z siebie pelerynę i rzucając ją gdzieś pod łóżko.
- A ty nie jesz? - zapytał, zeskakując z parapetu i podchodząc do stolika.
- Jeśli tylko wezmę coś do buzi, to zwrócę wszystko co jadłam przez ostatni tydzień... - jęknęłam, naciągając poduszkę na głowę. Zaległa cisza, chociaż nie zupełna, ponieważ dokładnie słyszałam jak Kuro je. Może nie był to najprzyjemniejszy dźwięk, ale wolałam to niż zupełną ciszę. Kolejna fala bólu przyćmiła mój umysł zupełnie. Podobnie jak oczy, które stały się bardzo ciemne. Jedyne co widziałam to rozmazana plama na środku mojego pola widzenia, reszta to była ciemność. Podniosłam się powoli do siadu, czując na sobie uważne spojrzenie białowłosego. Powoli sięgnęłam po mały sztylet, leżący niedaleko łóżka. Nie wiedziałam, skąd on się tam wziął, ale w tym momencie było mi to obojętne. Powróciłam do siadu skrzyżnego i przyłożyłam ostrze do prawego nadgarstka.
- Co ty robisz? - usłyszałam Kuro, który natychmiast do mnie podszedł. W tym czasie zdążyłam pociągnąć ostrze po skórze, zostawiając krótką kreskę, która po chwili zaczęła robić się czerwona. Nacięłam rękę jeszcze trzy razy, schylając się, by uniknąć ręki chłopaka. Kiedy po mojej dłoni spływała stróżka krwi, złapałam Kuro za łokieć i pociągnęłam w swoją stronę. Jako, że chłopak się tego nie spodziewał, to nie udało mu się zachować równowagi i upadł plecami na niezbyt miękkie łóżko. Natychmiast usiadłam na nim okrakiem, żeby nie mógł się ruszyć. Zdrową dłonią przycisnęłam lekko jego gardło, natomiast drugi nadgarstek przystawiłam do jego ust, tak by moja krew znalazła się na jego wargach. Po chwili odsunęłam rękę od ust chłopaka i nachyliłam się nad nim jeszcze bardziej, delikatnie przymykając oczy. Przeciągnęłam lekko końcówką języka po jego wargach, zlizując swoją krew.
Kuro?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz