niedziela, 20 marca 2016

Od Soshitsu (Hokori)

     Ponuro obserwowałam chłopaka opuszczającego pokój. Jebany gnojek grzebał mi w rzeczach. To nie wróżyło nic dobrego. Podniosłam się z łóżka i zbliżyłam się do swoich rzeczy, starannie poukładanych w rządku. Zerknęłam na swoje nogi i ręce. Miałam jeszcze więcej bandaży niż zazwyczaj. Niedobrze. Dodatkowo obecność tego skończonego kretyna, nie była mi zbytnio na rękę, jednak tylko on był na tyle głupi, by się do mnie zbliżyć. Mimo tego jego obecność mogła przynieść niejakie korzyści. A przynajmniej na to liczyłam, zabierając go ze sobą. Warknęłam pod nosem coś niezrozumiałego i ubrałam szybko bluzę, chowając starannie każdą broń na jej stałe miejsce. Przeczesałam szybko włosy palcami, naciągnęłam kaptur na głowę i wyszłam przed chatę, rozglądając się za białowłosym. Ku mojemu zdziwieniu czekał już na mnie z torbą przerzuconą przez plecy i z szerokim uśmiechem na ustach. Popatrzyłam na niego ponuro i przewróciłam oczami.
- Przestań się uśmiechać albo sama zedrę ci ten uśmieszek z gęby - powiedziałam chłodno, mijając chłopaka. Odpowiedzi nie dostałam, może i lepiej, bo gnojek coraz bardziej działał mi na nerwy. Zaczęłam się poważnie zastanawiać, po co ja go w ogóle ze sobą wlokę. Jest jak kamień u nogi motyla.
- Dobre wejście do lasu jest tuż przy wjeździe do wioski - powiedział, wskazując kierunek palcem.
- Cudownie... - mruknęłam ponuro i przystanęłam, by poprawić sobie bandaże na udzie. Wiocha jak wiocha, ale myślałam, że pseudolekarza to będą mieli, przynajmniej na tym minimalnym poziomie. A tu chuj nie umie nawet porządnie bandaża zawiązać.
- Shi... Kasha... Shinigami! Sałata! Sosik! Soishutsi! - wydzierał się ktoś, stojąc na przeciwko nas. Powoli podniosłam wzrok na ową postać, która zataczała się z lekka, jednak mówiła bardzo wyraźnie, wskazując na nas palcem. - Soishitsu!
- Ta, i co jeszcze, stary pijaku? - syknęłam, podchodząc do niego. Po chwili mężczyzna runął na ziemię jak długi, po mocnym uderzeniu. - Jebane pijaki, zawsze coś wymyślą - mruknęłam na tyle głośno, by każdy obserwujący to usłyszał. Naprawdę nie miałam ochoty uciekać, przed wściekłym tłumem debili z pochodniami. Prędzej podpaliliby siebie samych niż dogonili kogoś takiego jak ja. Zastrzygłam niezauważalnie uszami, łapiąc fragmenty rozmów o pijakach. Czyli udało mi się zmienić ich temat rozmowy, dobre tyle. Nagle coś sobie przypomniałam. Że nie wpadłam na to wcześniej! Odwróciłam się do białowłosego chłopaka i wbiłam w niego mordercze spojrzenie.
- Co z pseudolekarzem, który mnie opatrywał? - zasyczałam, przez zaciśnięte zęby.
- Jak to co? Wrócił do domu... - odparł zakłopotany chłopak. - A to źle?
Warknęłam głośno i uderzyłam chłopaka z całej siły w brzuch, niestety unik mu nie wyszedł, chociaż było bardzo blisko chybienia. Ten natychmiast się zgiął, a ja złapałam go za kołnierz i przyciągnęłam bliżej siebie.
- Ale z ciebie pustak! - syknęłam, wpatrując się wściekle w szare oczy - Nie mam zamiaru mieć na karku kolejnego miasta, a przez twoją głupotę będę miała, ty jebany... Aghr! - warknęłam jeszcze głośniej. Szkoda było na niego słów. Bez słowa ruszyłam w dalszą drogę, ku wejściu do lasu. Po drodze planowałam, co zrobić z tą kulą u nogi. Dobrym wyjściem byłoby poderżnięcie mu gardła, kiedy zaśnie. Chociaż marne szanse na to. Trzeba będzie jakoś znieść jedną noc jego towarzystwa. Z samego rana zbieram się i zwiewam od tego prostaka. Od nich wszystkich.
     Rozłożyliśmy się pod jednym z większych drzew, w głębi lasu. Kiedy chłopak chciał rozpalić ognisko, strzeliłam go w tył głowy. 
- Naprawdę jesteś taki głupi czy tylko udajesz? - syknęłam. - Żadnego ognia. Nie chcemy odstraszyć naszego pchlarza. - rozejrzała się po okolicy. W lesie było dużo ciemniej niż poza nim, ale widziałam stosunkowo dobrze, dzięki kociej części. Zamachałam ogonem, oparłam się o pień drzewa i zaczęłam odwiązywać bandaże, które założył mi dziś pseudolekarz z zapuszczonej wiochy. 
- Co robisz? - spytał zdziwiony chłopak. Zerknęłam na niego ponuro. 
- Nie powinno cię to obchodzić, prosty człowieczku. - odparłam chłodno. Coś nie pasowało mi w jego osobie. Nie bardzo wiedziałam co, ale różnił się czymś od innych prostych ludzi w wiosce. Był inny niż oni, mimo, że starał się do nich wpasować. Ponownie zawiązałam świeże bandaże na ranach i zajęłam się tym wiecznym bandażem na lewym nadgarstku. Wyciągnęłam z kieszeni krótki nóż i przytknęłam do wewnętrznej strony nadgarstka. 
- Co robisz?! - zawołał szarooki, odsuwając się ode mnie. Uśmiechnęłam się pod nosem, kiedy do moich nozdrzy dotarł słodki zapach krwi. 
- Naszego sierściucha zwabi krew, przecież to wiesz - podwinęłam nogi i stanęłam na kolanach, pochylając się w stronę białowłosego. Przytknęłam mu rozciętą rękę, z której ściekała czerwona ciecz, tuż pod nos. - No nie mów, że nie lubisz tego zapachu - powiedziałam kusząco i zbliżyłam rękę jeszcze bardziej do ust chłopaka, aż nie osadziło się na nich kilka kropel krwi. Wtedy zabrałam rękę i sama zlizałam niewielką ilość cieczy, uważnie obserwując swojego towarzysza. Posłałam mu ponure spojrzenie, kiedy nie udało mi się odczytać niczego z jego twarzy. 
- Nudny jesteś. Radziłabym się położyć. Czekanie jest nudne, a czasem trwa wieczność - zerknęłam na niego kątem oka, odwracając się plecami i ściągając z siebie grubą bluzę. Złożyłam ją w kostkę i podłożyłam ją sobie pod głowę. Położyłam się na boku, plecami do chłopaka, który nawet nie śmiał się poruszyć. 
- Posiedzę jeszcze - po samym jego głosie, poznałam, że się uśmiecha. Przewróciłam oczami i zamknęłam oczy, pogrążając się w półśnie. Słyszałam, każdy najmniejszy szelest, jednak na większość z nich nie reagowałam. Otworzyłam oczy, dopiero kiedy usłyszałam, że chłopak się podnosi. Mimo to nie poruszyłam się. Gdzie się wybierasz, gnojku? Kiedy oddalił się na bezpieczną odległość, podniosłam się i przemieniłam w granatowego kota. Z małymi trudnościami, spowodowanymi zmęczeniem, wdrapałam się na drzewo i ruszyłam w ślad za białowłosym. Przeskakiwałam z jednej gałęzi na drugą, w zupełnej ciszy. Jednak bardzo szybko przekonałam się, że straciłam go z oczu i uszu, a nie było sensu szukać go po całym lesie. Marne szanse by przyniosło to jakikolwiek skutek. Wróciłam na miejsce tą samą drogą, nie wydając najmniejszego dźwięku. Kiedy znalazłam się na drzewie, pod którym się rozłożyliśmy, usłyszałam cichy szelest. Ktoś się zbliżał. Najeżyłam sierść na grzbiecie, w momencie gdy z krzaków wyłoniła się czarna sylwetka wielkiego wilka. Już miałam przybrać ludzką postać i zeskoczyć z gałęzi, by zaatakować stworzenie, kiedy tuż pode mną rozległ się przeraźliwy wrzask. 
- Wilk! Wilkołak! Shinigami! Wielki! Czarny! Ratunkuuuuuuu! - wrzeszczał, plącząc sobie język na każdym ze słów. Warknęłam pod nosem i zeskoczyłam na ziemię w ludzkiej postaci, wyciągając zza pleców wielką kosę. Niestety wrzask pijanego musiał odstraszyć wilkołaka, ponieważ ten, w okamgnieniu zniknął między gałęziami niskich krzaków. Wściekła odwróciłam się w stronę mężczyzny i zaserwowałam mu pięknego lewego sierpowego. Facet zrobił kilka chwiejnych kroków w tył, po czym runął na ziemię, mamrocząc coś pod nosem. 
- Ty zgniła szujo, przez ciebie straciłam okazję.... - syczałam wściekle, zbliżając się do półświadomego pijaka, ciągnąc za sobą kosę. Kiedy już miałam się zamachnąć, moją sylwetkę oświetliły nikłe światła. 
- Nie waż się tego robić! - zawołał, donośny męski głos. Spojrzałam w stronę świateł i moim oczom ukazało się kilkunastu mężczyzn z wioski. Musiały zwabić ich krzyki pijaka. Zmrużyłam niebezpiecznie oczy. Ty mały, kłamliwy gnojku, jeśli tylko cię znajdę, nie przeżyjesz trzech minut! Skoczyłam w ich stronę, lądując na rękach i kopiąc wszystkich nogami. Nie miałam zamiaru poddawać się osądowi ludności. 

Kuro?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz