niedziela, 3 kwietnia 2016

Od Kuro

Kłótnia z dziewczyną nie miała najmniejszego sensu. Musiałem nadal udawać zwykłego śmiertelnika, na tyle ile było to możliwe, toteż posłusznie skryłem się za jednym z drzew, bacznie obserwując całe zajście.
Pięciu postawnych mężczyzn na znak chuderlawego dowódcy oddziału, który jak się okazało dobrze znał Hokori. Szare oczy wyłapywały najmniejszy ruch i gest kapitana, próbując powstrzymać chęć zabicia go za znieważanie białowłosej.
Starcie rozpoczęło się powaleniem jej na ziemie przez dobrze zbudowaną grupkę, co nie wróżyło nic dobrego. Nadal wyczekiwałem, aż podwinie im się noga, jednak jak na złość wszystko szło nie po mojej myśli. Wmawianie sobie, że łowczyni pokona zgraję obytych w walce przeciwników było bez celowe, ale zdałem sobie z tego sprawę dopiero w momencie, gdy jej ciało uderzyło o drzewo. Pół przytomna osunęła się na leśne runo. Tego za wiele!
Osiłek zbliżający się z nożem w jednej chwili skamieniał, a następnie zaśmiał pod nosem, widząc mnie na swojej drodze.
- Nieuczciwa zagrywka- mruknąłem ochryple, ukazując wydłużające się kły.
W jednej chwili białe włosy przeobraziły się w kruczoczarne futro. Po raz kolejny facet wpadł w osłupienie. Taki też wyraz twarzy zachował, aż do momentu, gdy uświadomił sobie, że jego gardło zostało rozszarpane, zalewając tym samym mój pysk krwistym płynem. Ugh... wyjątkowy parszywy smak spoconego sadła i krwi przesączonej chmielowym aromatem.
To kupiło czas mojej towarzyszce, która chwilę później stanęła kilka metrów ode mnie.
Spokojnie wpatrywałem się w jej postać, będąc nieustannie w gotowości do zaatakowanie przeciwnika, gdyby ta, ponownie traciła przewagę, ale obyło się i bez tego.
Kiedy w okół nas znalazło się sześć trupów, uwagę skupiła wyłącznie na mnie. Nie po to, by mi podziękować. Nie liczyłem nawet na to, bo doskonale wiedziałem, co mnie spotka, gdy dowie się prawdy. Nie chciałem z nią walczyć, nie pragnąłem się nawet bronić. Pewny swego końca, patrzyłem na nią spokojnym wzrokiem, jednak ta, zamiast zadać cios w serce nożem, zrobiła to słowami.
Mam się nie zbliżać? Kiedy to nie było możliwe. To właściwie tak, jakbym już umarł.
Hokori uciekła, zostawiając mnie samego na miejscu zbrodni. Teraz poczułem się jak pies, pozbawiony właściciela. Osoba, którą darzył miłością, najzwyczajniej w świecie pozbyła się problemu. Ruszyłem za nią, bo co innego mogłem zrobić? Nie chciałem wracać do wioski, gdzie będę adorowany, przez grupkę cymbałów, z którymi spędziłem lata, dusząc się smrodem ich zwyczajności i monotonii.
Mocny deszcz z dużej części utrudniał widoczność, pozwalając dostrzec najwyżej jej drobną sylwetkę, która z odległości kilkunastu metrów była niezwykle słabo widoczna. Natomiast doskonale można było dostrzec moment w jakim jej kolana zetknęły się z podłożem.
Na próżno potrząsałem jej ciałem i wydzierałem, próbując obudzić. Pierdolony skurwiel miał wystarczająco dużo czasu, by zatopić ostrze w jej brzuchu. Zdjąłem z siebie bluzę, mocno zawiązując ją w okolicy rany, by chwilę potem unieść łowczynię na rękach. Kurwa, gdzie ją zanieść?
Ludzie od razu nas zabiją, a zdziałanie czegokolwiek w tych warunkach było niemożliwe.
Las nie był mi szczególnie obcy, zważając na fakt, iż dość często prowadziła przez niego droga do pozostałych wiosek.
-To tylko trzy kilometry. Wytrzymaj- mówiłem do niej, jak głupi licząc, że to coś da.
Pięć minut wyczerpującego biegu doprowadziło mnie dokładnie pod stary, opuszczony dom ze zburzoną stajnią. Dość często odwiedzałem to miejsce, chcąc odpocząć od nieznośnych ludzi i słodyczy, jaka otaczała każdego dnia. Czas i warunki atmosferyczne zrobiły swoje z drewnianym budynkiem, który właściwie był już ruiną. Mech i bluszcz przebiły się przez dziurawe ściany, na stałe zadamawiając się również na resztkach dachu, jeśli tak to można było nazwać.
Krwawienie było na tyle duże, że nawet prowizoryczny opatrunek zaczął przesycać się czerwienią.
Byłem w tak dużym amoku, że sam nawet nie zauważyłem, gdy to ustało, dzięki uciskaniu. Jak ja tylko zamknę ranę? Kto normalny nosi ze sobą... a nie ważne. W zaopatrzeniu Hokori znalazło się miejsce nawet na przyrządy do szycia. Grzebiąc w pamięci, starałem się jak najlepiej odwzorować pracę lekarza, podczas zabiegu, w jakim miałem okazję być świadkiem.
Światło rany uległo zamknięciu, dzięki nieco krzywym szwom, jednak lepsze to niż, pozostawienie wszystkiego samemu sobie.
Noc powoli przemijała, tak samo jak zasoby mojej energii. Ułożyłem się obok nieprzytomnej łowczyni jako Shinigami, by ochronić ją przed chłodnym wiatrem, jaki przyprowadził za sobą deszcz.
Poranek okazał się być popołudniem, gdy rozwarłem ślepia. Z nadzieją zerknąłem na Hokori, ale ta nadal nie oprzytomniała od wczorajszej nocy. I tak minął kolejny dzień, nim usłyszałem pierwsze słowa dochodzące z jej strony.
-Co jest?- mruknęła słabo, walcząc z powiekami.
-Leż, inaczej rozerwiesz szwy- mówiłem cicho, przyglądając się jej z drugiego końca izby.
-Co ty tu robisz? Jakim prawem... Kazałam Ci się trzymać ode mnie z daleka. Nienawidzę Cię!- wrzasnęła, osuwając się z bólu i osłabienia ponownie do pozycji leżącej.
-Hokori...
-Zamknij się! Okłamałeś mnie- mówiła z chłodem na twarzy.
-Wybacz, ja... chciałem Ci powiedzieć.
-O czym? Że przez ostatnie dni próbowałeś mnie zabić, ale gdy tamte chuje prawie pozbawiły Cię zabawy, władowałeś się pomiędzy nas?
-To nie tak...- zbliżyłem się, na co zostałem surowo spiorunowany wzrokiem.
-Pierdol się. Nie chcę Twoich wyjaśnień. Wynoś się stąd!
Wbiłem wzrok w ziemie, nie wydając z siebie nic poza głośnym westchnięciem. Stanąłem w przejściu, plecami do niej, powstrzymując się od opuszczenia tej rudery.
W jednej chwili obróciłem się na pięcie, zmniejszając dystans między nami.
-Ods...-nie dokończyła, bo moje wargi wpiły się mocno w jej usta.
Nie zraziły mnie nawet słabe uderzenia i kopniaki w brzuch.
-Odejdę, jak kazałaś. Ale dopiero w dniu, w którym odzyskasz siły. Do tego czasu jesteś skazana na moją obecność. Wytrzymasz cztery dni- zacząłem stanowczo, siadając metr od niej.
-Żebyś to ty zaraz nie zdychał. Nie potrzebuję i nie chcę Cię tu.
-Wiem, że Cię skrzywdziłem. Nie będę się tłumaczyć, bo nic mnie nie usprawiedliwia. Bądź pewna, że od dnia przybycia do klasztoru, miałem wobec Ciebie inne zamiary niż wcześniej.
-Chuj mnie to obchodzi. Równie dobrze teraz możesz ładować mi w gardło kłamstwa. Zapomnij, że Ci uwierzę. Nigdy Ci nie wybaczę.
-Nie oczekuję tego- westchnąłem, unosząc się na kolana, ponownie podchodząc do niej, po raz drugi korzystając z jej słabości.
Troskliwie złożyłem usta na jej szyi, następnie nachylając nad uchem.
-Zależy mi na Tobie i jedyne, czego chcę, to to, byś była bezpieczna- bez ociągania, zniknąłem w zaroślach, po to, by wrócić ze skromnym posiłkiem.
-Skąd to masz?
-Niedaleko jest wioska. Zabrałem, co dałem rady
-Nie chcę nic od ciebie- fuknęła zdegustowana.
-Jeśli nie będziesz jadła, licz się z tym, że poleżysz tu o wiele dłużej, a tym samym, spędzisz kolejne dni w moim towarzystwie- usadowiłem się w ciemnym kącie, układając na twardej ziemi.



<Hokori?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz